Siedziałyśmy w ciszy. Nóż schowałam pod udem. Nie chciałam na razie się uwalniać, bo nie dość, że było tyle porażek, gdy chciałam uciec, to jeszcze jakoś dziwnie było mi w głowie, jakbym piła alkohol przez tydzień. Nie mogłam pojmać, jakim cudem nie udało mi się jeszcze z tego miejsca uciec. Przecież nie z takich tarapatów udało mi się wychodzić, a z jakąś blondyną nie mogę sobie poradzić. Stwierdziłam, że zanim się ogarnę i będzie pewniejsza pozycja do ucieczki, to głupio będzie tak siedzieć w ciszy, kiedy jest nas dwie.
- Ile tu siedzisz? - w końcu zadałam, dość głupie jak dla mnie pytanie, bo niby jakim cudem miałaby wiedzieć, gdy siedzi tu związana tyle czasu nawet bez zegarka.
- Gdzieś z półtora miesiąca. Może więcej, może mniej. - jednak odpowiedziała. - Pewnie mnie nie poznajesz? - spytała.
- Kojarzę cię, ale karta pamięci z twoim niewielkim wątkiem w moim życiu ma amnezję, mimo, że i tak jakoś dużo razy cię widziałam.
- Też ciebie dużo razy widziałam. na przykład jak chodziłam na spacery do parku... z Samem.
- A widzisz! Już ogarniam. Najpierw widziałam Sama z tą blondyną, a potem z tobą. I zawsze dziwiło mnie jakim cudem byliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie. I nie opuszczało mnie wrażenie, jakoby Sam mnie śledził...
- Możliwe, że tak rzeczywiście było. Sam zabierał mnie w różne miejsca. Ale zawsze miałam wrażenie, jakby chodził tam z jakiegoś powodu, jakby chodził ścieżkami wspomnień. Też odnosiłam wrażenie, że chodziliśmy tam, gdzie on chciał spotkać ciebie.
- Ciekawe tylko dlaczego. - powiedziałam lekceważącym tonem.
- Wiesz, czasami wydawało mi się też, że próbował znaleźć kogoś innego we mnie. Często zdarzało mu się traktować mnie jak kompletnie inną osobę.
- Pewnie ci to trochę przeszkadzało.
- Nie zawsze. W szczególności na początku, gdy byłam mocno zauroczona nim. Dopiero przed tym jak Shelby porwała mnie, bardziej to zauważałam.
- Shelby?
- To ta blondynka tak ma na imię.
- Aha. Jej imię pasuję do jej charakteru. A ty? Jak masz na imię?
- Elizabeth Boldman. A ty?
- Agnes. Agnes Smith. Podałabym ci dłoń, ale w tej sytuacji, będzie musiało to poczekać.
Po tych słowach była chwila ciszy. Natomiast Elizabeth powtarzała moje imię, ja tylko popatrzyłam na nią z przymrużonymi oczami na zamyśloną dziewczynę. W tym momencie przyszła niejaka Shelby. Obie wzięłyśmy głęboki oddech i popatrzyłyśmy na siebie. Znowu gadała niby do nas, ale jakby do siedzie. Nie udało się nie słuchać, więc udało mi się wychwycić, iż następnego dnia wieczorem wychodzi na całą noc, albo jak dla mnie, większość tego czasu. Planowałam sobie w końcu użyć tego noża co schowałam, i siedziałam spięta, aby ta cała Shelby go nie odkryła. Gdy sobie poszła, odetchnęłam z ulgą.
Kolejnego dnia, gdy obudziłam się z niespokojnego snu, chciałam, żeby w końcu był wieczór. Zaś blondynka przychodziła i co jakiś czas wkurzała mnie. Pierdzieliła coś, że Sam tym razem ją zauważy i spędzą ze sobą cały wieczór i tego typu, rzeczy. "Ale ona mnie wkurwia" - powiedziałam, a Elizabeth tylko mi przytaknęła. Gdy przyszła Shelby i po raz milionowy mnie wkurzył, nie wytrzymałam i gdy wyszła nie wytrzymałam.
- Kurwa! Czy ona nie powinna być teraz w psychiatryku, odziana w kaftan bezpieczeństwa !?
- Spokojnie, szkoda na nią siły. - powiedziała Elizabeth.
- W sumie masz rację. Tylko nie wiem, jakim cudem Sam związał się z nią i z nią wytrzymał.
- Przecież nie wytrzymał. - powiedziała Elizabeth z lekkim sarkazmem. - A potem związał się ze mną. Ale wiesz co> - popatrzyłam na nią z większą uwagą. - Mimo, że Sam był ze mną i z Shelby, tak naprawdę próbował stłumić swoje uczucia. Myślę... w sumie już dawno tak uważałam. Myślę, że on... że on nadal cię kocha... - jej słowa zaskoczyły i zaniepokoiły mnie, szczególnie, kiedy ja nie znam swoich własnych uczuć w kierunku kogokolwiek.
poniedziałek, 4 stycznia 2016
środa, 23 grudnia 2015
Rozdział 67.
Kostka bolała mnie jeszcze przez parę ładnych godzin, przez co nie spałam ani trochę w nocy. Dobrze, że gdzieś w międzyczasie ta psychopatka odwiązała mnie od tych pasów. Gdzieś przy okazji coś pierdzieliła. Gdy przyniosła mi jakieś jedzenie, w ogóle tego nie tknęłam, z obawy, że mogła coś dosypać. Przy okazji, gdy gadała jakieś głupoty, wychwyciłam, iż jedzie gdzieś na cały dzień. Mimo bardzo bolącej kostki, myślałam, jak stamtąd się wydostać. Będąc mniej więcej pewna, że nie ma blondynki, wstałam z łóżka. Zaczęłam szukać wyjścia. Jak zeszłam z piętra, jakbym coś usłyszała. Stwierdziłam, że mi się tylko zdawało. Niestety nie dało mi się uciec. Wariatka musiała coś zapomnieć i się wróciła. Moja mina była jak: " Oh God, why". Natomiast ta druga wpadła w furię. Uderzyła mnie. Nic szczególnego by nie wynikło, gdyby nie ta przeklęta kostka. Upadłam na stolik i straciłam przytomność. Gdy otworzyłam oczy, ręce miałam przykute do metalowego bezgłowia łóżka. .No rzesz kurwa" ' tylko tyle przyszło mi na myśl. Byłam ciekawa tylko, skąd ona wzięła kajdanki. Zaczęłam rozglądać za czymś, czym mogłabym rozbroić tę biżuterię na moich nadgarstkach. Niestety ani na pierwszy rzut oka, ano po głębszym wpatrywaniu się nic nie znalazłam. Dopiero, gdy doznałam głębszych otarć nadgarstków postanowiłam kontynuować moje rozglądanie. Gdy udało mi się otworzyć nogą szuflady w szafce nocnej, znalazłam nożyczki to paznokci. Kiedy już wyciągnęłam je stamtąd, prawie wykuwając sobie oko, chcąc położyć je na poduszce. Ledwie mi się to udało, a ta psychopatka blondynka wpadła do pokoju. Coś tam bredziła, a ja tylko błagałam, aby sobie w końcu poszła. Mimo, że starałam się nie słuchać jej, jednak czasami się nie udawało.
- Teraz nie chce ci się spacerować? - spytała wrednie - Teraz mogę skoncentrować się na tym, aby odzyskać Sama. - popatrzyłam się na nią krzywym wzrokiem, "że what?" - pomyślałam. - Dzisiaj jesteśmy umówieni i nikt już nam nie przeszkodzi. - kontynuowała swoje bredzenie.
- Taa, z pewnością ja bym wam przeszkodziła. - zadrwiłam z niej. - Przecież mój związek z Samem został zakończony dawno temu... I to przez ciebie. - szybko dodałam, a ona, mimo, że tego nie okazywała, wpadła w furię. Na twarzy widniała złość i wtedy uśmieszek. Burknęła coś pod nosem i wyszła.
Za niedługi czas usłyszałam silnik terenówki, którą blondynka opuściła teren. Wyjęłam ukryte nożyczki i zaczęłam grzebać w miejscu dziurek do kluczyka kajdanek. Po mnóstwie kombinacji w końcu mi się udało. Zeszłam jak najszybciej potrafiłam na parter. Wtedy znowu usłyszałam jakieś szelesty z piwnicy, tak jak za pierwszym razem. Znalazłam drzwi do podpiewniczenia i tylko zerknęłam tam. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tam była uwięziona druga dziewczyna. Też ją kojarzyłam, ale w moim życiu tyle się dzieje, że takich szczegółów nie pamiętam. Drobna szatynka próbowała mi coś przekazać, ale nie wiedziałam, o co jej biega, gdy w następstwie dostałam czymś w głowę i w pół przytomna poturlałam się po schodach, uderzając w starą szafkę z narzędziami, tracąc przytomność przy okazji.
Otworzyłam oczy. Oczywiście nie zdziwiło mnie to, że moje ręce i nogi były związane. I to bardzo mocnym więzłem. Jak się trochę ogarnęłam, zauważyłam iż siedzę przywiązana do słupa w podpiewniczeniu. Głowa z tyłu mnie bolała, a kostka też nie dawała o sobie zapomnieć. Po mojej prawej stronie była niejaka szatynka, związana i zakneblowana, a w dodatku z głębokimi ranami ciętymi na kostkach, nad piętami. Patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby to wszystko było jej winą. Rozglądałam się chwilę po tym pomieszczeniu. W pewnym momencie moją uwagę przykuł niedaleko leżący nóż. Gdy ja próbowałam sięgnąć noża, ta dziewczyna próbowała wyjąć materiał ze swoich ust. Jak już przyciągnęłam do siebie ten nóż, okazało się, że dziewczynie udało się od kneblować.
- Teraz nie chce ci się spacerować? - spytała wrednie - Teraz mogę skoncentrować się na tym, aby odzyskać Sama. - popatrzyłam się na nią krzywym wzrokiem, "że what?" - pomyślałam. - Dzisiaj jesteśmy umówieni i nikt już nam nie przeszkodzi. - kontynuowała swoje bredzenie.
- Taa, z pewnością ja bym wam przeszkodziła. - zadrwiłam z niej. - Przecież mój związek z Samem został zakończony dawno temu... I to przez ciebie. - szybko dodałam, a ona, mimo, że tego nie okazywała, wpadła w furię. Na twarzy widniała złość i wtedy uśmieszek. Burknęła coś pod nosem i wyszła.
Za niedługi czas usłyszałam silnik terenówki, którą blondynka opuściła teren. Wyjęłam ukryte nożyczki i zaczęłam grzebać w miejscu dziurek do kluczyka kajdanek. Po mnóstwie kombinacji w końcu mi się udało. Zeszłam jak najszybciej potrafiłam na parter. Wtedy znowu usłyszałam jakieś szelesty z piwnicy, tak jak za pierwszym razem. Znalazłam drzwi do podpiewniczenia i tylko zerknęłam tam. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tam była uwięziona druga dziewczyna. Też ją kojarzyłam, ale w moim życiu tyle się dzieje, że takich szczegółów nie pamiętam. Drobna szatynka próbowała mi coś przekazać, ale nie wiedziałam, o co jej biega, gdy w następstwie dostałam czymś w głowę i w pół przytomna poturlałam się po schodach, uderzając w starą szafkę z narzędziami, tracąc przytomność przy okazji.
Otworzyłam oczy. Oczywiście nie zdziwiło mnie to, że moje ręce i nogi były związane. I to bardzo mocnym więzłem. Jak się trochę ogarnęłam, zauważyłam iż siedzę przywiązana do słupa w podpiewniczeniu. Głowa z tyłu mnie bolała, a kostka też nie dawała o sobie zapomnieć. Po mojej prawej stronie była niejaka szatynka, związana i zakneblowana, a w dodatku z głębokimi ranami ciętymi na kostkach, nad piętami. Patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby to wszystko było jej winą. Rozglądałam się chwilę po tym pomieszczeniu. W pewnym momencie moją uwagę przykuł niedaleko leżący nóż. Gdy ja próbowałam sięgnąć noża, ta dziewczyna próbowała wyjąć materiał ze swoich ust. Jak już przyciągnęłam do siebie ten nóż, okazało się, że dziewczynie udało się od kneblować.

niedziela, 8 listopada 2015
Rozdział 66.
Blondynka obeszła łóżko w tę i we w tę. Zmieniła mi kroplówkę, cokolwiek to było, spojrzała na mnie, popatrzyła chwilę na mnie, a potem spoglądała raz na mnie, raz na kroplówkę, którą zmieniała.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię. Po tym będzie ci lepiej. - powiedziała i skomentowała, to co robi. - Nie lubisz spać. Wczoraj w nocy cię przywiozłam i minęło nie wiele więcej niż jedna doba.
- To ty mnie rąbnęłaś autem? - w końcu odezwałam się i spytałam.
- Niestety tak.- posmutniała sztucznie. - Ale spokojnie. Masz mocno stłuczoną kostkę i nie głęboką ranę na brzuchu. Poleżysz trochę, będziesz słuchać moich zaleceń i będzie wszystko okay.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - stwierdziłam. - Z uwagi na to, że nogą prawie ruszać nie mogę, spokojnie będę sobie tu leżała. - pod koniec mojej wypowiedzi wrednie się uśmiechnęłam. Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie tę dziewczynę widziałam. Kiedy wyszła, próbowałam sobie przypomnieć, ale po dłuższej chwili dałam sobie spokój. Postanowiłam skontrolować uszkodzenia mojego ciała. Rana na brzuchu okazała się być nie wielka i nie wielki opatrunek wystarczył, zaś z kostką było o wiele gorzej, cała sina i ledwie czułam, że w ogóle ją mam prze ból.
Leżąc przez dłuższy czas, powoli zaczęłam bzikować. Trochę tam poleżałam i nogo mnie mniej bolała. Nie wiem ile tam leżałam, ale musiało minąć trochę czasu. Postanowiłam wstać choć na chwilę z łóżka. blondynka zaglądała do mnie tylko dać mi wodę, czy coś do przegryzienia. Nie pomagała ani nie pozwalała chociaż wyprostować nogi po przez spacer chociażby po pokoju. gdy udało mi się wstać, podeszłam do okna, delikatnie stając na chorej, prawej nodze. Oglądając obraz zza szyby okna, nie widziałam w pobliżu żadnego domu. Wokół były pola uprawne, gdzie indziej opuszczona działka z opuszczonymi domami wpadającymi w ruinę lub były ruiną. Domyślałam się, że jestem na obrzeżach miasta, niedaleko miejscowości w której mieszkałam, no ale jest trochę kilometrów prostej drogi. Podążając za potrzebą, wybrałam się w podróż w celu poszukiwania toalety. Na długim korytarzu było pięcioro drzwi, łącznie z tymi prowadzącymi do pokoju w którym leżałam. Wchodząc za próg pierwszych drzwi, które były po lewej, pomieszczenie było puste. kolejne drzwi po prawej prowadziły do umeblowanego, ale nie używanego pokoju. kolejne, tym razem znowu po lewej prowadziły na strych, następne znowu po prawej kryły pokój blondynki, nie wiem czemu, ale weszłam dalej. pomieszczenie było co najmniej dziwne. Różowy kolor był zrozumiały, ale te zdjęcia jednej osoby... wszędzie? No może prawie wszędzie. W dodatku na zdjęciach była blondynka z tą jedną osobą, ale częściej jednak była ta osoba, którą dobrze znałam. Na fotografiach był Sam. Zdziwiło mnie to. Wtedy też przypomniało mi się skąd tę dziewczynę znam. To z nią widziałam Sama, kiedy się całowali, a niedługo potem mnie porwali. W końcu wyszłam z tego pomieszczenia i weszłam w kolejne drzwi, po raz kolejny po lewej, gdzie znalazłam toaletę. Gdy trafiłam z powrotem do pokoju, w którym spałam, weszła blondyna. Siedziałam na łóżku. Zmierzyła mnie ostrym wzrokiem.
- Gdzie byłaś? - spytała głosem takim, jakby miała mnie nim poderżnąć gardło.
- Tylko w toalecie. - powiedziałam, kładąc głowę na poduszkę.
- Czy pozwoliłam ci gdziekolwiek wstawać? - spytała mnie pretensjonalnym głosem, jak do małego dziecka. Ja popatrzyłam się na nią dziwnym wzrokiem z przymrużonymi oczami. - No właśnie. - dodała tylko i wyszła z pomieszczenia, zaraz wracając z jakimiś pasami. Na początek dodała mi coś do kroplówki, co mnie zaniepokoiło. Jeszcze bardziej ogarnął mnie niepokój, gdy powoli czułam jak moje ciało staje się jakby bezwładne. Definitywnie zaczęłam się bać, kiedy przywiązała mnie tymi pasami do łóżka. Jeden pas był gdzieś na wysokości ramion, drugi na brzuchu, trzeci trzymał mi uda, a czwarty był na samych kostkach. Dodatkowo po jednym pasie na nadgarstkach. To dziwne, ale na prawdę zaczęłam się jej bać. To była jakaś psycholka, a upewniłam się w tym gdy wzięła moją, już prawie zdrową ranną kostkę i wykręciła raz w jedną, raz w drugą stronę. Darłam się z bólu, że w przeciągu kilkudziesięciu kilomertów było mnie słychać, a przy okazji zdarłam sobie nieźle gardło. Nie wiedziałam co wymyśli następnym razem, więc stwierdziłam, że trzeba spierdalać stamtąd jak najszybciej.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię. Po tym będzie ci lepiej. - powiedziała i skomentowała, to co robi. - Nie lubisz spać. Wczoraj w nocy cię przywiozłam i minęło nie wiele więcej niż jedna doba.
- To ty mnie rąbnęłaś autem? - w końcu odezwałam się i spytałam.
- Niestety tak.- posmutniała sztucznie. - Ale spokojnie. Masz mocno stłuczoną kostkę i nie głęboką ranę na brzuchu. Poleżysz trochę, będziesz słuchać moich zaleceń i będzie wszystko okay.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - stwierdziłam. - Z uwagi na to, że nogą prawie ruszać nie mogę, spokojnie będę sobie tu leżała. - pod koniec mojej wypowiedzi wrednie się uśmiechnęłam. Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie tę dziewczynę widziałam. Kiedy wyszła, próbowałam sobie przypomnieć, ale po dłuższej chwili dałam sobie spokój. Postanowiłam skontrolować uszkodzenia mojego ciała. Rana na brzuchu okazała się być nie wielka i nie wielki opatrunek wystarczył, zaś z kostką było o wiele gorzej, cała sina i ledwie czułam, że w ogóle ją mam prze ból.
*
Leżąc przez dłuższy czas, powoli zaczęłam bzikować. Trochę tam poleżałam i nogo mnie mniej bolała. Nie wiem ile tam leżałam, ale musiało minąć trochę czasu. Postanowiłam wstać choć na chwilę z łóżka. blondynka zaglądała do mnie tylko dać mi wodę, czy coś do przegryzienia. Nie pomagała ani nie pozwalała chociaż wyprostować nogi po przez spacer chociażby po pokoju. gdy udało mi się wstać, podeszłam do okna, delikatnie stając na chorej, prawej nodze. Oglądając obraz zza szyby okna, nie widziałam w pobliżu żadnego domu. Wokół były pola uprawne, gdzie indziej opuszczona działka z opuszczonymi domami wpadającymi w ruinę lub były ruiną. Domyślałam się, że jestem na obrzeżach miasta, niedaleko miejscowości w której mieszkałam, no ale jest trochę kilometrów prostej drogi. Podążając za potrzebą, wybrałam się w podróż w celu poszukiwania toalety. Na długim korytarzu było pięcioro drzwi, łącznie z tymi prowadzącymi do pokoju w którym leżałam. Wchodząc za próg pierwszych drzwi, które były po lewej, pomieszczenie było puste. kolejne drzwi po prawej prowadziły do umeblowanego, ale nie używanego pokoju. kolejne, tym razem znowu po lewej prowadziły na strych, następne znowu po prawej kryły pokój blondynki, nie wiem czemu, ale weszłam dalej. pomieszczenie było co najmniej dziwne. Różowy kolor był zrozumiały, ale te zdjęcia jednej osoby... wszędzie? No może prawie wszędzie. W dodatku na zdjęciach była blondynka z tą jedną osobą, ale częściej jednak była ta osoba, którą dobrze znałam. Na fotografiach był Sam. Zdziwiło mnie to. Wtedy też przypomniało mi się skąd tę dziewczynę znam. To z nią widziałam Sama, kiedy się całowali, a niedługo potem mnie porwali. W końcu wyszłam z tego pomieszczenia i weszłam w kolejne drzwi, po raz kolejny po lewej, gdzie znalazłam toaletę. Gdy trafiłam z powrotem do pokoju, w którym spałam, weszła blondyna. Siedziałam na łóżku. Zmierzyła mnie ostrym wzrokiem.
- Gdzie byłaś? - spytała głosem takim, jakby miała mnie nim poderżnąć gardło.
- Tylko w toalecie. - powiedziałam, kładąc głowę na poduszkę.
- Czy pozwoliłam ci gdziekolwiek wstawać? - spytała mnie pretensjonalnym głosem, jak do małego dziecka. Ja popatrzyłam się na nią dziwnym wzrokiem z przymrużonymi oczami. - No właśnie. - dodała tylko i wyszła z pomieszczenia, zaraz wracając z jakimiś pasami. Na początek dodała mi coś do kroplówki, co mnie zaniepokoiło. Jeszcze bardziej ogarnął mnie niepokój, gdy powoli czułam jak moje ciało staje się jakby bezwładne. Definitywnie zaczęłam się bać, kiedy przywiązała mnie tymi pasami do łóżka. Jeden pas był gdzieś na wysokości ramion, drugi na brzuchu, trzeci trzymał mi uda, a czwarty był na samych kostkach. Dodatkowo po jednym pasie na nadgarstkach. To dziwne, ale na prawdę zaczęłam się jej bać. To była jakaś psycholka, a upewniłam się w tym gdy wzięła moją, już prawie zdrową ranną kostkę i wykręciła raz w jedną, raz w drugą stronę. Darłam się z bólu, że w przeciągu kilkudziesięciu kilomertów było mnie słychać, a przy okazji zdarłam sobie nieźle gardło. Nie wiedziałam co wymyśli następnym razem, więc stwierdziłam, że trzeba spierdalać stamtąd jak najszybciej.

wtorek, 27 października 2015
Rozdział 65.
Jadąc do domu okrężną drogą, razem z moją pasażerką Evą, siedziałyśmy tylko w dźwiękach Rock'owych kawałków z radia, nie odzywając się do siebie. Ja nie chciałam rozproszyć się w jeździe, nie jechałam wolno, ale szybko też nie. W pewnym momencie postanowiłam przerwać tę ciszę.
- Nie boisz się ze mną jechać? Jadę całkiem szybko. - odparłam, zerkając na nią na chwilę.
- Spokojnie, nie boje się. - powiedziała, śmiejąc się lekko. W dalszej części jazdy rozmawiałyśmy już na różne tematy. Już nie było słychać tylko muzyki, no chyba, że leciał nasz ulubiony, albo naprawdę fajny kawałek. Droga była okrężna, więc jak jechało się długo prosto, to przyśpieszałam dla urozmaicenia jazdy.
Jakiś czas później.
Do domu wróciłam mega szczęśliwa. Richard nie do końca wiedział o co mi chodzi. Dopiero wstał, bo znowu do późna pracował. Właśnie robił sobie kawę, dałam mu znak, żeby i mi zrobił.
- No! To teraz będę mogła prowadzić to swoje BMW ! - powiedziałam, no może krzyknęłam szczęśliwa. Richard popatrzył na mnie tylko krzywym wzrokiem, nadal nie kumając o co mi chodzi. - Mam prawo jazdy! - znowu wykrzyczałam, a Richarda jakby olśniło. Śmiać mi się chciało z niego.
- Było tak od razu. - wydukał Moser.
- Już moje przyjaciółki, z resztą nie tylko one, zapowiedziały mi dzisiaj imprezę. Mam stawić się w naszym ulubionym lokalu.
- Tylko nie przesadźcie, bo ja tyłków nie będę wam ratować. - ostrzegł mnie, śmiejąc się.
- Łahahaha, łahahaha - zaczęłam mu się wygrzyźniać. - A przypomnieć ci twoje, ostatnie alkoholizowanie się? - spytałam wrednie, dogadując mu przy okazji. Ten popatrzył się dziwnie na mnie. Wieczorem zjawiłam się na umówione miejsce, gdzie czekały na mnie moje przyjaciółki. Zajebistym zbiegiem okoliczności było to, że na miejscu grał Colin z zespołem, więc czasami udało mi się z nimi zagrać. No i człowieka, który mnie szpiegował, też nie mogło zabraknąć, to znaczy, że Sam znowu jakimś "dziwnym przypadkiem" znalazł się tam gdzie ja. W sumie do tego byłam przyzwyczajona, bo czy rzeczywiście był to przypadek, czy nie, zjawiał się tam gdzie ja. Natomiast razem z Bellą, Evelyn, Kaylą i Carly śmiałyśmy się z dziwnych facetów, pijanych ludzi, przestępców, polityków, policjantów czy z muzyków, albo spokojnie rozmawiałyśmy, pijąc coś z procentami. Jakiś czas czułam na sobie wzrok oczywiście Sama, jakże by inaczej. Przez jakiś czas zauważyłam, jak jakaś blondynka obserwowała mnie. Nie zwracałam na nią uwagi, a poza tym, byłam trochę podpita. Potem było ze mną trochę gorzej, bo wszystkie za szybko wypiłyśmy kilka szklanek wiskey.
Ostatecznie, gdy stwierdziłyśmy razem z moimi towarzyszkami, że nam już wystarczy imprezowania, ruszyłyśmy w podróż do swoich domów. Ja postanowiłam swoją, około kilometrową drogę do swojego miejsca zamieszkania przejść na piechotę, gdyż stwierdziłam, że podczas tej przechadzki trochę procentów mnie opuści. Gdybym wiedziała, jak to się skończy, pozwoliłabym podwieść się pod same drzwi temu taksówkarzowi.
Gdy sobie spokojnie szłam, powoli upojenie alkoholowe przemijało, stawałam się chyba na to odporna. Byłam może w połowie drogi, może nawet ponad połowie, jak dotychczas nie było żadnego auta, ulica była pusta, ale w tam tym momencie pojawił się jakiś samochód, dokładniej coś w rodzaju terenówki. Świecił tymi mocnymi światłami. Jechał za mną, nagle zjechał na przeciwny pas, na którym szłam ja. Niespodziewanie walną mnie mnie. Mocno mnie nie walną, ale wystarczyło to, abym poczułam mocny ból i straciła przytomność.
Gdy ocknęłam się, od razu złapało mnie zdziwienie. Byłam na miękkim łóżku, pod świeżą pościelą, pod głową miałam miękką poduszkę. Pomieszczenie było w kolorze ciemnej zieleni, rozjaśnione światłem pochodzącym z okna, po mojej lewej stronie. Prawie na przeciwko łóżka na którym leżałam były drzwi, przez które weszła jakaś blondynka. Miała wredny uśmieszek, patrzyła się na mnie takim mściwym wzrokiem, zbliżała się powoli i zaczynała oglądać moją stopę, która piekielnie bolała. Coraz bardziej wyczuwałam kłopoty.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i jest.
Za jakiekolwiek błędy przepraszam.
Czekam na ocenę.
- Nie boisz się ze mną jechać? Jadę całkiem szybko. - odparłam, zerkając na nią na chwilę.
- Spokojnie, nie boje się. - powiedziała, śmiejąc się lekko. W dalszej części jazdy rozmawiałyśmy już na różne tematy. Już nie było słychać tylko muzyki, no chyba, że leciał nasz ulubiony, albo naprawdę fajny kawałek. Droga była okrężna, więc jak jechało się długo prosto, to przyśpieszałam dla urozmaicenia jazdy.
Jakiś czas później.
Do domu wróciłam mega szczęśliwa. Richard nie do końca wiedział o co mi chodzi. Dopiero wstał, bo znowu do późna pracował. Właśnie robił sobie kawę, dałam mu znak, żeby i mi zrobił.
- No! To teraz będę mogła prowadzić to swoje BMW ! - powiedziałam, no może krzyknęłam szczęśliwa. Richard popatrzył na mnie tylko krzywym wzrokiem, nadal nie kumając o co mi chodzi. - Mam prawo jazdy! - znowu wykrzyczałam, a Richarda jakby olśniło. Śmiać mi się chciało z niego.
- Było tak od razu. - wydukał Moser.
- Już moje przyjaciółki, z resztą nie tylko one, zapowiedziały mi dzisiaj imprezę. Mam stawić się w naszym ulubionym lokalu.
- Tylko nie przesadźcie, bo ja tyłków nie będę wam ratować. - ostrzegł mnie, śmiejąc się.
- Łahahaha, łahahaha - zaczęłam mu się wygrzyźniać. - A przypomnieć ci twoje, ostatnie alkoholizowanie się? - spytałam wrednie, dogadując mu przy okazji. Ten popatrzył się dziwnie na mnie. Wieczorem zjawiłam się na umówione miejsce, gdzie czekały na mnie moje przyjaciółki. Zajebistym zbiegiem okoliczności było to, że na miejscu grał Colin z zespołem, więc czasami udało mi się z nimi zagrać. No i człowieka, który mnie szpiegował, też nie mogło zabraknąć, to znaczy, że Sam znowu jakimś "dziwnym przypadkiem" znalazł się tam gdzie ja. W sumie do tego byłam przyzwyczajona, bo czy rzeczywiście był to przypadek, czy nie, zjawiał się tam gdzie ja. Natomiast razem z Bellą, Evelyn, Kaylą i Carly śmiałyśmy się z dziwnych facetów, pijanych ludzi, przestępców, polityków, policjantów czy z muzyków, albo spokojnie rozmawiałyśmy, pijąc coś z procentami. Jakiś czas czułam na sobie wzrok oczywiście Sama, jakże by inaczej. Przez jakiś czas zauważyłam, jak jakaś blondynka obserwowała mnie. Nie zwracałam na nią uwagi, a poza tym, byłam trochę podpita. Potem było ze mną trochę gorzej, bo wszystkie za szybko wypiłyśmy kilka szklanek wiskey.
Ostatecznie, gdy stwierdziłyśmy razem z moimi towarzyszkami, że nam już wystarczy imprezowania, ruszyłyśmy w podróż do swoich domów. Ja postanowiłam swoją, około kilometrową drogę do swojego miejsca zamieszkania przejść na piechotę, gdyż stwierdziłam, że podczas tej przechadzki trochę procentów mnie opuści. Gdybym wiedziała, jak to się skończy, pozwoliłabym podwieść się pod same drzwi temu taksówkarzowi.
Gdy sobie spokojnie szłam, powoli upojenie alkoholowe przemijało, stawałam się chyba na to odporna. Byłam może w połowie drogi, może nawet ponad połowie, jak dotychczas nie było żadnego auta, ulica była pusta, ale w tam tym momencie pojawił się jakiś samochód, dokładniej coś w rodzaju terenówki. Świecił tymi mocnymi światłami. Jechał za mną, nagle zjechał na przeciwny pas, na którym szłam ja. Niespodziewanie walną mnie mnie. Mocno mnie nie walną, ale wystarczyło to, abym poczułam mocny ból i straciła przytomność.
Gdy ocknęłam się, od razu złapało mnie zdziwienie. Byłam na miękkim łóżku, pod świeżą pościelą, pod głową miałam miękką poduszkę. Pomieszczenie było w kolorze ciemnej zieleni, rozjaśnione światłem pochodzącym z okna, po mojej lewej stronie. Prawie na przeciwko łóżka na którym leżałam były drzwi, przez które weszła jakaś blondynka. Miała wredny uśmieszek, patrzyła się na mnie takim mściwym wzrokiem, zbliżała się powoli i zaczynała oglądać moją stopę, która piekielnie bolała. Coraz bardziej wyczuwałam kłopoty.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i jest.
Za jakiekolwiek błędy przepraszam.
Czekam na ocenę.
niedziela, 11 października 2015
Rozdział 64.
Będąc na miejscu, był już tam Peter. To dziwne, bo z tego co wiedziałam miał samochód, ale jechał autobusem, a tam gdzie jedzie stąd nie jest tak daleko, jakieś pięć godzin. Powiedziałam parę słów pożegnań, coś jak "szkoda, że wyjeżdżasz" czy "mam nadzieje, że się spotkamy". W gruncie rzeczy, znałam go kawałek czasu i trochę go poznałam, a przy okazji zauważyłam jaki zgrany duet z dwóch policjantów tworzyli razem z Richardem. Jak kiedyś, jeszcze na początku znajomości z nimi dwoma, widziałam jak pracują nad jakąś sprawą, to rozwiązując ją, uzupełniali się jak puzzle. Gdy trzej faceci - Richard, Peter i oczywiście Alexander, zaczęli rozmawiać, ja powoli usunęłam się w cień. Raczej nie chciało mi się słuchać, jak wspominają stare czasy, przygody i jak rozmawiają o kobietach i innych mniej ważnych rzeczach. Poszłam do stojącej samej przy aucie Evy.
- Pewnie nie wiesz, jaką to niby niespodziankę uknuł Richard. - spytałam się jej, a ona tylko pokręciła głową, ja tylko wzruszyłam ramionami. Nagle zauważyłam piękne auto, trochę dalej, ale na tej samej linii, co auto przy którym stałam. Podeszłam do niejakiego BMW, które było jedno z najnowszych edycji. - Spójż na to auto! - prawie krzyknęłam do Evy, która za chwile podszedła i zaczęła oglądać razem ze mną. - Piękne. - powiedziałam na głos, ale sama do siebie. - Takim to by się jeździło. - zaczęłam marzyć. Tak zaczęłam bujać w obłokach, że nie zauważyłam, jak ci trzej gliniarze podeszli do mnie.
- Podoba się? - spytał Richard, a ja drgnęłam, bo się zlękłam.
- Yh ! - syknęłam. - Jest genialnie. - dodałam po chwili.
- No to jest twoje. - tym razem wypowiedział się Peter.
- Co? - spytałam się, odrywając się od szyby podczas gdy patrzyłam wnętrze auta.
- No samochód jest twój. - powtórzył się Peter.
- No ale jak? - spytałam się, w międzyczasie domyślając się, że to jego auto. - Przecież nie mam kasy, żeby ci oddać i ogóle, no!
- To nic. Dużo ostatnio nam pomagałaś, a ja razem z przeniesieniem dostaje nowe auto, więc ten samochód nie jest mi potrzebny. Bo po co mi dwa auta. - zaczął tłumaczyć Peter.
- No okay, ale nawet prawa jazdy nie mam. - znalazłam kolejny argument.
- To też da się załatwić, bezproblemowo. - tym razem, ku mojemu zdziwieniu, wypowiedział się Alex. Patrzyłam się na niego krzywym wzrokiem. - Znam kolesia, który podpisze wszystkie formalnościowe papiery i od razu weźmie cię na egzamin. - dopowiedział.
- Wow - tylko tyle udało mi się powiedzieć. Cały czas myślałam, że jestem dla innych ludzi kompletnie obojętna i że nawet kiedy robię coś dobrego, nikogo to nie obchodzi, albo patrzy na to tak po prostu. Nieźle się myliłam.
No więc z moich głębokich zamyśleń znowu wyrwał mnie Peter, dając kluczyki i dokumenty auta w niewielkiej, plastikowej teczce. Nadal nie do końca ogarniałam, że naprawdę tak po prostu dostałam auto, a że to było widać po mojej twarzy, Peter powiedział:
- Gotowa na jazdę próbną? Żeby nie było, że kota w worku dałem. - powiedział z poczyciem humoru. Więc ja niepewnie poszłam jak robot do auta od strony kierowcy i wsiadłam niepwenieq, wcześniej otwierając go pilotem od kluczyków. Włożyłam kluczyki do stacyjki, ręce położyłam na kierownicy, przejechałam dłońmi po obitym sztuczną, czarną skórą okręgu. Ci na zewnątrz kazali gestami mi ruszyć. Niepewnie przekręciłam kluczkvw stacyjce, wrzuciłam bieg i powili ruszyłam. Ponieważ w tym obszarze nie było dużo miejsca, więc powoli wykonałam obszerne koło, następnie wracając na miejsce. Nie mogłam przestać się zachwycać dźwiękiem silnika i lekkości prowadzenia auta. Szybko, całkiem szybko udało mi się zakumać działanie automatycznej skrzyni biegów. Gdy wysiadłam z auta nadal zachwycona, , odprowadziłam z resztą Petera do autobusu, kiedy już owy pojazd odjechał, Richard powiedział:
- No to czas ruszać do domu. - gdy ruszyłam do jego auta, popatrzył się na mnie. - a ty nie swoim autem? - spytał.
- No a jak jakaś drogówka czy coś mnie złapie?
- Spokojnie, pokieruje nas drogą gdzie się mało jeździ i jest mało patroli, a dzisiaj to nawet w ogóle może nie być.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Łoł, W końcu coś dodałam XD
Czekam na opinię =)
- Pewnie nie wiesz, jaką to niby niespodziankę uknuł Richard. - spytałam się jej, a ona tylko pokręciła głową, ja tylko wzruszyłam ramionami. Nagle zauważyłam piękne auto, trochę dalej, ale na tej samej linii, co auto przy którym stałam. Podeszłam do niejakiego BMW, które było jedno z najnowszych edycji. - Spójż na to auto! - prawie krzyknęłam do Evy, która za chwile podszedła i zaczęła oglądać razem ze mną. - Piękne. - powiedziałam na głos, ale sama do siebie. - Takim to by się jeździło. - zaczęłam marzyć. Tak zaczęłam bujać w obłokach, że nie zauważyłam, jak ci trzej gliniarze podeszli do mnie.
- Podoba się? - spytał Richard, a ja drgnęłam, bo się zlękłam.
- Yh ! - syknęłam. - Jest genialnie. - dodałam po chwili.
- No to jest twoje. - tym razem wypowiedział się Peter.
- Co? - spytałam się, odrywając się od szyby podczas gdy patrzyłam wnętrze auta.
- No samochód jest twój. - powtórzył się Peter.
- No ale jak? - spytałam się, w międzyczasie domyślając się, że to jego auto. - Przecież nie mam kasy, żeby ci oddać i ogóle, no!
- To nic. Dużo ostatnio nam pomagałaś, a ja razem z przeniesieniem dostaje nowe auto, więc ten samochód nie jest mi potrzebny. Bo po co mi dwa auta. - zaczął tłumaczyć Peter.
- No okay, ale nawet prawa jazdy nie mam. - znalazłam kolejny argument.
- To też da się załatwić, bezproblemowo. - tym razem, ku mojemu zdziwieniu, wypowiedział się Alex. Patrzyłam się na niego krzywym wzrokiem. - Znam kolesia, który podpisze wszystkie formalnościowe papiery i od razu weźmie cię na egzamin. - dopowiedział.
- Wow - tylko tyle udało mi się powiedzieć. Cały czas myślałam, że jestem dla innych ludzi kompletnie obojętna i że nawet kiedy robię coś dobrego, nikogo to nie obchodzi, albo patrzy na to tak po prostu. Nieźle się myliłam.
No więc z moich głębokich zamyśleń znowu wyrwał mnie Peter, dając kluczyki i dokumenty auta w niewielkiej, plastikowej teczce. Nadal nie do końca ogarniałam, że naprawdę tak po prostu dostałam auto, a że to było widać po mojej twarzy, Peter powiedział:
- Gotowa na jazdę próbną? Żeby nie było, że kota w worku dałem. - powiedział z poczyciem humoru. Więc ja niepewnie poszłam jak robot do auta od strony kierowcy i wsiadłam niepwenieq, wcześniej otwierając go pilotem od kluczyków. Włożyłam kluczyki do stacyjki, ręce położyłam na kierownicy, przejechałam dłońmi po obitym sztuczną, czarną skórą okręgu. Ci na zewnątrz kazali gestami mi ruszyć. Niepewnie przekręciłam kluczkvw stacyjce, wrzuciłam bieg i powili ruszyłam. Ponieważ w tym obszarze nie było dużo miejsca, więc powoli wykonałam obszerne koło, następnie wracając na miejsce. Nie mogłam przestać się zachwycać dźwiękiem silnika i lekkości prowadzenia auta. Szybko, całkiem szybko udało mi się zakumać działanie automatycznej skrzyni biegów. Gdy wysiadłam z auta nadal zachwycona, , odprowadziłam z resztą Petera do autobusu, kiedy już owy pojazd odjechał, Richard powiedział:
- No to czas ruszać do domu. - gdy ruszyłam do jego auta, popatrzył się na mnie. - a ty nie swoim autem? - spytał.
- No a jak jakaś drogówka czy coś mnie złapie?
- Spokojnie, pokieruje nas drogą gdzie się mało jeździ i jest mało patroli, a dzisiaj to nawet w ogóle może nie być.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Łoł, W końcu coś dodałam XD
Czekam na opinię =)
niedziela, 13 września 2015
Rozdział 63.
Natomiast niejaki Jan przystawił nóż do szyi własnej córki, natychmiast po tym, jak w końcu wyciągnęłam swój pistolet. "No rzesz kurwa" - pomyślałam, gdy ten coś tam pierdolił o tym, abym opuściła broń. Nieoczekiwanie nadjechała policja, nie wiadomo skąd, jak i kiedy. Jan spłoszył się, więc zaczął uciekać najpierw tak po prostu rzucił Evą, która prawdopodobnie znalazła się w rowie. Stwierdziłam, że nie może uciec, a policja nie była wystarczająco blisko, żeby go dogonić, więc w końcu zdecydowałam się strzelić w jego nogę. Zaraz pokuśtykałam do Evy, co ostatecznie skończyło się to tak jak w jej przypadku, czyli poturlałam się do rowu, prawie na nią wpadając.
- Wszystko w porządku? - spytałam Evy, siadając na krawędzi owego rowu.
- Jest okay, tylko trochę noga mnie boli- powiedziała robiąc to co ja i siadła na przeciwko mnie. - Widzę, że z twoją nogą jest gorzej. - powiedziała, gdy zobaczyła, jak zaczęłam syczeć i chwiać się z bólu.
- No, tak wyszło. - powiedziałam, a w międzyczasie dwaj policjanci skuwali tamtych dwóch.
- Pewnie masz tak codziennie. - powiedziała, a ja nie za bardzo wiedziałam o co chodzi. Widząc to po mojej minie, dopowiedziała: Znaczy bijatyk i strzelanin.
- Aaa - w końcu zakumałam. - Oto ci chodzi. Sorry jakaś zamulona jestem. A co do twojego pytania, to może nie każdy dzień, ale talie sytuacje często się zdarzają. - odpowiedziałam jej. Obie nie zauważyłyśmy, że ci dwaj policjanci słuchają naszej rozmowy. Ja tylko skrzywiłam się i zadarłam głowę w stronę dwóch na cywilu ubranych funkcjonarjuszy, bo jeden z nich zaczął mówić.
- Gerkhan, Jäger, policja. - jeden z nich, ten niższy, przedstawił siebie i kolegę, okazując swoje legitymacje.
- Dostaliśmy powiadomienie o czterech sprawcach. - wypowiedział się ten drugi, wyższy i młodszy.
- Za tamtą furgonetką. - wskazałam palcem.
- W domu, w najwyższych kondygnacjach. - powiedziała Eva.
- My idziemy, ale wy zostańcie. Mamy do was kilka pytań. - wypowiedział się znowu ten niższy, Gerkhan, o ile się nie mylę.
Potem trochę sobie pogadałyśmy wraz z Evą i policjantami. Całkiem mili byli. Powiedziałyśmy, co miałyśmy do powiedzenia, a przy okazji dowiedziałyśmy się, że Jan i jego ludzie, których za dużo nie miał, byli od dawna poszukiwani, bo zaliczyli gdzieś, coś, jakoś wpadkę. Gdy spytali o moją broń, powiedziałam, że mam pozwolenie. Oni na to, że sprawdzą, a kiedy to sprawdzili postanowili odjechać, a mój strzał uznali za obronę własną, a nieoficjalnie przyznali, że trochę im pomogłam.
Między czasie noga trochę przestała mnie boleć, więc postanowiłam wrócić do domu. Eva tym razem postanowiła zabrać się ze mną. Spakowała się i przy okazji wzięła lód, który przywiązałam do bolącej nogi, bo niby jak miałabym prowadzić, kiedy miałam dręczący ból. Gdy dotarłyśmy do mojego domu, była dwunasta, południe, a Richard jeszcze spał. Postanowiłam wykonać jakiś posiłek. Eva mi pomogła, a gdzieś w międzyczasie Richard wynurzył się w pół ogarnięty ze swojej sypialni. A kiedy był już prawie do końca ogarnięty, obiad był skończony, a podczas posiłku opowiedziałyśmy z Evą co działo się do tej pory. Po pozbyciu się głodu miałam ochotę tylko na jedno - położenie się spać. Przecież spałam tylko dwie i pół godziny. Ale zaraz po posprzątaniu ze stołu po posiłku, Richard musiał usunąć moje myśli chociażby o drzemce.
- Dobra, teraz do samochodu. - powiedział Moser, a ja popatrzyłam się na niego ledwo otwartym wzrokiem.
- Co? - spytałam głupio. - Przecież ja ledwie żyje. A poza tym niedawno z niego wysiadłam.
- Do auta bez gadania. - upierał się. Normalnie prawie jak porywacz.
- No dobra. Eva! Ty też jedziesz, gdziekolwiek jedziemy. W razie jakbym usypiała na stojąco, i nie tylko, będziesz mnie łapać, żebym sobie krzywdy nie zrobiła.
W aucie Richard tylko powiedział, że jedziemy pożegnać Petera, a tam czaka mnie niespodzianka.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Yaaay ! Napisałam rozdział !
Taa, to cud jakiś XD
Czekam na opinie ;-)
- Wszystko w porządku? - spytałam Evy, siadając na krawędzi owego rowu.
- Jest okay, tylko trochę noga mnie boli- powiedziała robiąc to co ja i siadła na przeciwko mnie. - Widzę, że z twoją nogą jest gorzej. - powiedziała, gdy zobaczyła, jak zaczęłam syczeć i chwiać się z bólu.
- No, tak wyszło. - powiedziałam, a w międzyczasie dwaj policjanci skuwali tamtych dwóch.
- Pewnie masz tak codziennie. - powiedziała, a ja nie za bardzo wiedziałam o co chodzi. Widząc to po mojej minie, dopowiedziała: Znaczy bijatyk i strzelanin.
- Aaa - w końcu zakumałam. - Oto ci chodzi. Sorry jakaś zamulona jestem. A co do twojego pytania, to może nie każdy dzień, ale talie sytuacje często się zdarzają. - odpowiedziałam jej. Obie nie zauważyłyśmy, że ci dwaj policjanci słuchają naszej rozmowy. Ja tylko skrzywiłam się i zadarłam głowę w stronę dwóch na cywilu ubranych funkcjonarjuszy, bo jeden z nich zaczął mówić.
- Gerkhan, Jäger, policja. - jeden z nich, ten niższy, przedstawił siebie i kolegę, okazując swoje legitymacje.
- Dostaliśmy powiadomienie o czterech sprawcach. - wypowiedział się ten drugi, wyższy i młodszy.
- Za tamtą furgonetką. - wskazałam palcem.
- W domu, w najwyższych kondygnacjach. - powiedziała Eva.
- My idziemy, ale wy zostańcie. Mamy do was kilka pytań. - wypowiedział się znowu ten niższy, Gerkhan, o ile się nie mylę.
Potem trochę sobie pogadałyśmy wraz z Evą i policjantami. Całkiem mili byli. Powiedziałyśmy, co miałyśmy do powiedzenia, a przy okazji dowiedziałyśmy się, że Jan i jego ludzie, których za dużo nie miał, byli od dawna poszukiwani, bo zaliczyli gdzieś, coś, jakoś wpadkę. Gdy spytali o moją broń, powiedziałam, że mam pozwolenie. Oni na to, że sprawdzą, a kiedy to sprawdzili postanowili odjechać, a mój strzał uznali za obronę własną, a nieoficjalnie przyznali, że trochę im pomogłam.
Między czasie noga trochę przestała mnie boleć, więc postanowiłam wrócić do domu. Eva tym razem postanowiła zabrać się ze mną. Spakowała się i przy okazji wzięła lód, który przywiązałam do bolącej nogi, bo niby jak miałabym prowadzić, kiedy miałam dręczący ból. Gdy dotarłyśmy do mojego domu, była dwunasta, południe, a Richard jeszcze spał. Postanowiłam wykonać jakiś posiłek. Eva mi pomogła, a gdzieś w międzyczasie Richard wynurzył się w pół ogarnięty ze swojej sypialni. A kiedy był już prawie do końca ogarnięty, obiad był skończony, a podczas posiłku opowiedziałyśmy z Evą co działo się do tej pory. Po pozbyciu się głodu miałam ochotę tylko na jedno - położenie się spać. Przecież spałam tylko dwie i pół godziny. Ale zaraz po posprzątaniu ze stołu po posiłku, Richard musiał usunąć moje myśli chociażby o drzemce.
- Dobra, teraz do samochodu. - powiedział Moser, a ja popatrzyłam się na niego ledwo otwartym wzrokiem.
- Co? - spytałam głupio. - Przecież ja ledwie żyje. A poza tym niedawno z niego wysiadłam.
- Do auta bez gadania. - upierał się. Normalnie prawie jak porywacz.
- No dobra. Eva! Ty też jedziesz, gdziekolwiek jedziemy. W razie jakbym usypiała na stojąco, i nie tylko, będziesz mnie łapać, żebym sobie krzywdy nie zrobiła.
W aucie Richard tylko powiedział, że jedziemy pożegnać Petera, a tam czaka mnie niespodzianka.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Yaaay ! Napisałam rozdział !
Taa, to cud jakiś XD
Czekam na opinie ;-)
niedziela, 6 września 2015
Rozdział 62.
Niestety znowu długo nie pospałam, zaledwie dwie i pół godziny. Dostałam dziwną wiadomość, a potem ktoś dzwonił. To była Eva. Zaczęła mówić, ale potem tylko słychać było szelesty, wrzaski i jakby ktoś ją bił. Bezzwłocznie wzięłam auto Richarda, bo w sumie na razie i tak go nie potrzebował i pojechałam prosto do domu Evy. Gdy dotarłam na miejsce po cichu udało mi się wejść na piętro, a potem chwilę postałam przy uchylonych drzwiach. Zajrzałam do środka, a następnie szłam do niego jak burza i od razu zaatakowałam najpierw dwóch kolesi, potem ojca Evy, który właśnie znęcał się nad nią, mając w planie wykorzystać ją seksualnie. "Brzydzę się takimi ludźmi" - powiedziałam do niego po tym jak go walnęłam z łokcia w kark, gdy ten chciał mnie uderzyć, odwracając się, zrobiłam unik schylając się następnie wykonałam cios z kolana w jego brzuch, a gdy tracąc równowagę, poleciał trochę do tyłu, uderzyłam go stopą ponownie w brzuch. W wyniku tego poleciał na stół i stracił przytomność. Zaraz usłyszałam krzyk Evy. Ludzie jej ojca chcieli wyprowadzić ją z domu. Jednego z nich skosiłam, a następnie oberwałam proso w twarz. Opanowując ją równowagę, uderzyłam do najpierw z lewej, potem z prawej pięści. Pierwszy cios unikną, ale drugiego jakby się nie spodziewał. Kopną mnie w brzuch, a potem ponowił ten czyn i wylądowałam na podłodze. Kopnęłam go parę razy w nogę, aż upadł. W między czasie ten drugi wyprowadzał Evę. Ja natychmiast walnęłam swojego przeciwnika w żuchwę i stracił przytomność, chyba. Natychmiast ruszyłam w pościg za tym drugim, był już koło furgonetki i ją otwierał żeby najprawdopodobniej wpakować tam Evę. Ponieważ obawiałam się, że nie zdążę jej odbić, wyciągnęłam wcześnie zabraną broń i strzeliłam w ramię umięśnionego mężczyzny, co było wynikiem uwolnienie Evy, której kazałam uciekać, a sama zajęłam się zbirem. Zamachnęłam się, aby wykonać cios, ale on zrobił unik, chciał zrobić to samo, ale też zrobiłam unik, wtedy udało mi się przyłożyć mu dwa razy, no, ale jak on mi mi przywalił, to aż oczy mi wyszły z orbit, co musiało śmienie wyglądać. Obezwładnił mnie blocząc z tyłu moje ręce wplatając swoją oraz trzymał mnie drugą ręką na szyi, pod żuchwą. Nie mogłam ruszyć rękami, pchnęłam go, i siebie przy okazji, na samochód. Kilka razy walnęłam nim o furgonetkę, aż w końcu puścił mnie i upadł na ziemię, najprawdopodobniej z bólu. Kopnęłam go nie mocno, aby został tam gdzie upadł.
Niestety, ojciec Evy i ten drugi ockną się i niestety złapał moją siostrę, nie zdążyła uciec. Biegłam ile sił w nogach.na szczęście byli w połowie, dość krótkiej drogi, prowadzącej do miejsca, gdzie do niedawna stałam, a potem na podwórko, które znajdowało się za bramą, zrobionej z desek, które były podstarzałe, zrobione długi czas temu. Natomiast ja dogoniłam tych dwóch. Ojciec Evy kazał temu drugiemu zająć się mną. Od razu zaatakował mnie. Jeden cios, drugi cios, trzeci, czwarty, ledwie dawałam radę robić uniki, aż w końcu oberwałam.
Stojąc do niego tyłem, co było wynikiem siły uderzenia, wykonałam cios z pół obrotu prosto w jego brzuch. Upadł, więc ja chciałam ruszyć za Evą i jej ojcem. Niestety ten mnie wyglebił. Zareagowałam od razu uderzeniem w jego żuchwę. Ten mimo bólu przyłożył mi. Trafił chyba w moje czułe miejsce, bo dziwnie mi się zrobiło i dowalił mi kilka ciosów. Jakby zakręciło mi się w głowie. Zaczął mnie bić w nogę, nie miałam pojęcia jaki miał w tym cel, ale w pewnym momencie tak mnie bolała, ż prawie jej nie czułam. Kiedy tamten dołączył do ojca Evy, Jana, ja próbowałam za nim wstać, ale przez bolącą nogę nie mogłam. "Cholera" - pomyślałam. Widziałam tylko, jak stoją zniecierpliwieni, czekając na auto, które miało przyjechać. Jakoś, ledwie co, jakimś cudem, udało mi się wstać za pomocą jednej, zdrowej nogi. W tym czasie bardzo blisko była furgonetka ludzi Jana. Ledwie dotarłam do trójki, aby w końcu odbić Evę. Nie zorientowali się, więc tego co mi nogę załatwił uderzyłam jak najmocniej w potylicę. Jednego miałam z głowy.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i coś tam jest ;)
Czekam na opinie =D
Niestety, ojciec Evy i ten drugi ockną się i niestety złapał moją siostrę, nie zdążyła uciec. Biegłam ile sił w nogach.na szczęście byli w połowie, dość krótkiej drogi, prowadzącej do miejsca, gdzie do niedawna stałam, a potem na podwórko, które znajdowało się za bramą, zrobionej z desek, które były podstarzałe, zrobione długi czas temu. Natomiast ja dogoniłam tych dwóch. Ojciec Evy kazał temu drugiemu zająć się mną. Od razu zaatakował mnie. Jeden cios, drugi cios, trzeci, czwarty, ledwie dawałam radę robić uniki, aż w końcu oberwałam.
Stojąc do niego tyłem, co było wynikiem siły uderzenia, wykonałam cios z pół obrotu prosto w jego brzuch. Upadł, więc ja chciałam ruszyć za Evą i jej ojcem. Niestety ten mnie wyglebił. Zareagowałam od razu uderzeniem w jego żuchwę. Ten mimo bólu przyłożył mi. Trafił chyba w moje czułe miejsce, bo dziwnie mi się zrobiło i dowalił mi kilka ciosów. Jakby zakręciło mi się w głowie. Zaczął mnie bić w nogę, nie miałam pojęcia jaki miał w tym cel, ale w pewnym momencie tak mnie bolała, ż prawie jej nie czułam. Kiedy tamten dołączył do ojca Evy, Jana, ja próbowałam za nim wstać, ale przez bolącą nogę nie mogłam. "Cholera" - pomyślałam. Widziałam tylko, jak stoją zniecierpliwieni, czekając na auto, które miało przyjechać. Jakoś, ledwie co, jakimś cudem, udało mi się wstać za pomocą jednej, zdrowej nogi. W tym czasie bardzo blisko była furgonetka ludzi Jana. Ledwie dotarłam do trójki, aby w końcu odbić Evę. Nie zorientowali się, więc tego co mi nogę załatwił uderzyłam jak najmocniej w potylicę. Jednego miałam z głowy.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i coś tam jest ;)
Czekam na opinie =D
Subskrybuj:
Posty (Atom)