niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 57.

Funkcjonariusze prowadzili Headshota, który patrzył się na mnie z nienawiścią i rządzą zemsty, a ja tylko zdążyłam na niego spojrzeć, bo Richard za chwilę mnie dorwał z wytrzeszczonymi oczami.
- Nic ci nie jest? - spytał prawie krzycząc. Ja tylko na niego spojrzałam, popatrzyłam krzywo. Kurde, jakby mnie nie znał.
- Nie, nic mi nie jest. Jednak głupi ma czasem szczęście - odpowiedziałam z sarkazmem. - A nie mówiłam, że będę musiała ci pomagać? - dodałam, wspominając dzień, kiedy prawie na siłę udało mi się go wygonić do wyrka, śmiejąc się przy tym. On  tylko się uśmiechną i pokręcił głową. Ruszając się z miejsca, ujrzałam jeszcze na chwilę ojca, którego od jakiegoś czasu czułam wzrok. Patrzył się cały czas w tą stronę. Dobrze, że nie zauważył, kiedy przez ten moment na niego patrzyłam. Poinformowałam Mosera, że muszę oddać motor na którego następnie wsiadłam i znowu ruszyłam z piskiem opon w stronę parku. Grupa jeszcze tam była i ćwiczyła. Stwierdziłam, że albo oni tak długo tu są, albo że ja tak szybko wróciłam. Okazało się iż czas był bardzo dobry i jeszcze na chwilę dołączyłam, żeby za bardzo nie być w tyle z układem. Rzuciłam kluczyki Mattowi krzycząc tylko: "Tak jak obiecywałam, w nienaruszonym stanie!".
Kolejnego dnia nie mieliśmy spotkania razem z grupą, bo za dużo osób nie mogło się zjawić. Poszłam po niewielkie zakupy, przy okazji z Rex'em na spacer, bowiem Richard jeszcze spał, a sama ja obudziłam się o dziesiątej, a jeszcze zanim wyszłam z domu. Po zrobionym i zjedzonym obiedzie spotkałam się z Bellą, mimo, że widzimy się prawie codziennie, to w tym czasie nie ma za bardzo kiedy pogadać w cztery oczy. Było ciepło poszłyśmy na zimną kawę. porozmawiałyśmy o różnych rzeczach, a i tak widziałam, że coś ją dręczy. Nie myliłam się. Zaraz przeszła do tematu, chciała się wygadać. 
- Mam problemy ze swoim ojcem - zaczęła - nie może znieść faktu, że ja i Rob jesteśmy razem. Czepia się o jego przeszłość, o to, że jest synem kryminalisty i przez to mogę być w niebezpieczeństwie, może wpędzić mnie w jakieś kłopoty.
- Ale przecież Rob jest spoko, nie jest taki jak ojciec - powiedziałam co myślę jak ona skończyła.
- No przecież wiem, jestem z nim, nieprawdaż? 
- W przeciwnym razie siedziałby w pierdlu, z ojcem albo i bez. Być może nawet ja bym go tam wsadziła. - powiedziałam z sarkazmem.
- W sumie, masz rację. - zaśmiała się lekko przy tym uśmiechając się.
- Zobaczysz, wszystko się ułoży.
- Mam nadzieję. 
Zaprosiłam ją do siebie, żeby odpoczęła od docinek jej ojca. Zrobiłam lekką kolację, zjadłyśmy oglądając film, a po nim zaś Bella pokazała mi świetne Rock'owe, i nie tylko, zespoły, które niektóre po części znałam, kojarzyłam. Jednego z nich przesłuchaliśmy wszystkie albumy. W tym czasie wzięło nas na wspomnienia. Znałyśmy się prawie od przedszkola, od pewnego czasu nie mamy do siebie tak blisko, a nasza przyjaźń przetrwała, nawet przez najcięższe chwile w naszym życiu, a raczej głównie moje. To spory szmat czasu, a mamy po dwadzieścia lat. Wspominałyśmy głównie te najciekawsze momenty naszej przyjaźni. Moja przyjaciółka u mnie nocowała. Nawet nie wiedziałyśmy, kiedy usnęłyśmy podczas rozmowy. Rano po śniadaniu poszłyśmy na spacer. Bardzo długi spacer. Byłyśmy w parku prawie o godzinie na którą umówione byłyśmy z ludźmi z grupy, nawet o tym nie wiedząc. Ja i tak zostałam tam na dłużej, bo Colin najechał z zespołem i chciał żebym z nimi zagrała. Coraz lepiej szło mi gra na gitarze, chociaż chłopaki mówią, że od początku dobrze grałam. Jak zwykle ja tak nie uważałam.
Bardzo późnym wieczorem zadzwoniła do mnie moja siostra cioteczna, ze strony matki. Zdziwiło mnie to, bo odkąd nie mieszkam z rodzicami, a to już spory kawałek życia, nie odezwała się do mnie, nawet przez portale społecznościowe, a uważała nam za najlepsze siostrzane przyjaciółki. Po wstępie powiedziała, że chciałaby spotkać się. Umówiłyśmy się w mieście, gdzie ja i ona miałyśmy najbliżej, a było to niegdyś nasze ulubione miejsce.



--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wow, uwinęłam się z pisaniem w pół godziny, taa barwa dla mnie XD

środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 56.

Byłam kompletnie zaskoczona faktem, iż razem z grupą dochodziliśmy do połowy układu tak szybko. Mimo, że na nasze codzienne spotkania czasami nie każdy mógł przychodzić, szło to naprawdę szybko. Utwór do którego postanowiliśmy tańczyć, to "Fame" zespołu Fall Out Boy. Zdecydowaliśmy się na coś lekkiego na początek. Gdy przećwiczyliśmy układ do momentu, którego się uczyliśmy, pod koniec zadzwonił mój telefon. To Richard dzwonił.
- Jesteś w parku? - spytał, bez przywitania.
- No tak jak od dłuższego czasu. - odpowiedziałam.
- Ścigamy Headshota i mamy komplikacje...
- Jedzie czarnym ścigaczem z promieniami? - nie dałam mu skończyć, a nawet zacząć. Jadę za nim, wy namierzcie mój telefon.
- Okay. Normalnie czytasz mi w myślach. - powiedział i rozłączył się.
- Słuchajcie muszę spadać, kumpel pomocy potrzebuje. - wtedy zorientowałam się, że nie mam czym go ścigać i wtedy zaobserwowałam motor kolesia z grupy. - Hej Matt ! - krzyknęłam do niego.
- Tak? - odezwał się.
- To twój motor, prawda?
- Noo tak.
- Pożyczysz?
- Jasne, trzymaj - powiedział, rzucając mi kluczyki.
- Dzięki, obiecuję, że wróci w takim stanie, w jakim jest ! - krzyknęłam biegnąc w kierunku pojazdy, na którego za moment wsiadłam, włożyłam kask i ruszyłam z piskiem opon. Udało mi się po jakimś czasie go dogonić. Na szczęście okolicę znam jak własną kieszeń, bo niedaleko jest miejscowość, gdzie mieszkałam od dzieciństwa. To dziwne, ale koleś był chyba zaskoczony, że go dogoniłam. Przyśpieszał, więc robiłam to samo. Wkrótce znaleźliśmy się w znajomym dla mnie miejscu. Znajdowały się tam fabryki, a między innymi firma, gdzie pracował mój ojciec. Akurat w drogę tej firmy, musiał skręcić Headshot, ale skręcając za bardzo przechylił swój motor i wylądował twarzą do gruzu. Na spokojnie wjechałam za nim zatrzymałam się i zaparkowałam motor, stawiając na stopce. Co z tego, że na środku drogi. Zdjęłam kask i podbiegłam do niego, zdążył stanąć na nogi. Nie mogłam pozwolić, aby zwiał. A on od razu na przywitanie kopną mnie w brzuch, straciłam na chwilę równowagę, ale od razu zaczęłam go gonić, bo uciekał. Gdy go dogoniłam, chciał mnie odgonić różnymi ciosami, a to nogą, a to pięściami, ale ja robiłam uniki. Z resztą, robił to trochę nieudolnie. Za szybko, to dlatego. W końcu wymierzyłam w niego cios z prawej, a potem z lewej pięści i za każdym razem trafiłam, w przeciwieństwie do niego. On nie dawał za wygraną i udało mu się mnie skosić. Leżąc na glebie z bolącym tyłkiem, pod jego nieuwagę zrobiłam to samo. Leżał jak długi, a ja walnęłam go piętą w szyję podnosząc nogę lekko do góry, a potem drugą stopą, konkretnie podbiciem, walnęłam go w dolną część szczęki. Zwijał się z bólu i ślady krwi na jego twarzy rozprzestrzeniały się. W tym czasie, co on znosił ból, szybko dałam znać Richardowi, że mam go w garści i żeby pośpieszyli się. Tak się na tym skupiłam, że nie zauważyłam, kiedy wstał i chciał mnie czymś walnąć, ale na szczęście w ostatniej chwili widziałam jego cień i odskoczyłam, jeżeli w ogóle można to było tak nazwać. Ostatecznie wylądowałam na glebie. Podszedł do mnie, a ja go kopnęłam i szybko wstałam. Nagle wyją nóż, nawet nie wiem skąd, bo zaczął nim od razu wymachiwać. Ja tylko rozłożyłam ręce na boki i cofałam się, aby nie odnieść obrażeń. W pewnym momencie, gdy on po raz kolejny wymachnął nożem, ja skuliłam się, pchnęłam go ciosem z nogi, znalazł się na glebie, ciągnąc mnie za sobą. Zabolało, i jeszcze jakbym nie mogła wziąć normalnego oddechu. Nachylił się nade mną, obezwładnił mi rękę, a kolanem przygniótł moją drugą rękę, na mojej szyi. Próbując się uwolnić, zauważyłam, że z firm powyłaziły pracownicy, wraz z moim ojcem i jego kumplami z roboty i gapili się centralnie na mnie. A ojciec jeszcze takim dziwnym wzrokiem. W międzyczasie trzymałam i nie dopuszczałam do swojej szyi dłoń z nożem Headshota. Ocknęłam się z zamyśleń i udało mi się uderzyć go chamsko u między nogi, ale chyba to było słabe, ba zaraz znowu wystawił mi przed nos nóż. Wtedy, trochę ryzykując, kopnęłam centralnie w zaciśniętą dłoń z nożem, który wylatując mu z ręki upada gdzieś za mną. Stojąc do niego tyłem od razu po tym działaniu dowaliłam mu kopniakiem z drugiej nogi i jeszcze kilka innych ciosów i w końcu, na szczęście, przyjechał Richard ze swoją brygadą. Odetchnęłam z ulgą, bo siły mi się kończyły.



--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No to napisałam.
Rozdział pisany w połowie na lekcjach, między innymi na historii XD

piątek, 22 maja 2015

Rozdział 55.

Siedziałam i patrzyłam jak jedzą. Normalnie jakbym widziała niedożywione dzieci z Afryki. Uśmiechałam sie pod nosem, nawet Rex tak nie wcinał. Po krótkim czasie skończyli. Patrzyli się na mnie rozbawioną, nie wiedząc o co chodzi. Mimo ledwie opanowanego śmiechu, przemówiłam:
. Sądząc po wielu piszlakach, macie ciężką sprawę do rozwiązania - stwierdziłam nadal uśmiechając się.
- Taa... - wypóścił wietrze ze zrezyowaniem Richard.
- Mamy na karku osychopatę, który mirduję policjantów, nue zwarzając na to czy ti jest noc, wieczór, czy dzień. - powiedział nijaki Alexand Brandtner, siedzący na krześle z nogami na biurku.
- I koleś rozpływa się w powietrze - dodał Peter Höllerer.
- Kicha - powiedziałam.
- No. Sprawdzaliśmy każdy ślad, opcję, normalnie wszystko, a jak orawie go mielśmy, to tak jak mówił Peter, rozpłynął się, a go śledźliśmy - wypowiedział się znowu Richard.
- Rajusiu, ale wy macie gównianą robotę . - stwierdziłam. - A srawdzaliście, co łączy tego psychola z tymi policjantami?
- W sensie tych zamordowanych? - spytał Moser, a ja tylko przewróciłam oczami. - No to tych czterech funkcjonarjuszy łączyło ich z mordercą tylko tylę, że został przez nich aresztowany. Jednemu z nich udało się nawet przymknąć go w jednym z lepszych więzień w Berlinie.
- Najgorsze jest to, że on w każdej chwi może zaatakować, a my stoimy w miejscu - powiedział Alexander.
- Czekajcie - zaczęło mi chodzić coś po głowie - sprawdzaliście tylko tych co zamordował?
- Yyy... Tak - powiedział Peter.
- To w takim razie nie sprawdzaliście pozostałych tych, co go przymykali, bo mogę się założyć, że nie raz został zgarnięty - popatrzyłam na nich, a oni patrzyli się na mnie jak na ducha.
- Kurde, ona ma rację! - prawie krzykną Brandtner, z którym nie za bardzo się lubimy i patrzył na mnie z takim zdziwieniem i wytrzeszczonymi oczami.
- Höllerer! - krzykną Mos.
- Tak już sprawdzam - odkrzykną tamten. Okazało się, ze było jeszcze trzech człowieków, którzy założyli kajdanki temu... komuś. A konkretnie gościo miał ksywę samozwańczą Headshot, chyba najprawdopodobniej od tego, że zabijał swoje ofiary strzałem w głowę. Wniebowzięci porozsyłali patrole i poinformowali samych funkcjonarjuszy. Ja miałam satysfakcję ze swej wspaniałomyślności, a bardziej głównie z tego, że udało mi się przyciąć nosa Brandtnerowi, który sam kiedyś mnie przymkną na chwilę. Postanowiłam wygonić ich wszystkich trzech do domów, przecież oni ledwie co siedzieli, nie mówiąc już o staniu. Nie mieli za bardzo ochoty, więc to trochę wyglądało jak wyrywanie chwastu o długich, bardzo długich korzeniach. No ale ze mną się nie wygrywa i w końcu sobie poszli. Sama idąc prze park natknęłam się na Colina i zespół. Nakłonili mnie i zagraliśmy kilka utworów. Zebrało się nawet sporo ludzi z parku i ulicy, żeby nas posłuchać, więc Sama nie mogło zabraknąć. mimo irytacji, że on był zawsze tam gdzie ja wtedy w ogóle mi to nie przeszkadzało. To było takie: "jest to niech sobie będzie".
Gdy nadszedł dzień spotkania z grupą, byłam ucieszona, ale też z kolei niezbyt zadowolona z kroków, które wymyśliłam. Był to krótki fragment czegoś, jak dla mnie, ułożonego na siłę. Ale ludzie z grupy mówili, że to nie jest złe, a nawet bardzo dobre, ale i tak przystawałam na swoim. Ogólnie było dużo pomysłów i połączyliśmy je tak, aby pasowały do siebie i już mieliśmy gotowy cały układ. Jeden koleś, co oprócz tańcem zajmuję się komputerem i wszystkim co można do niego podłączyć, zanotował w kamerze każdy oddzielny fragment, żebyśmy co spotkanie mogli się uczyć i ćwiczyć.
Zmęczona wróciłam do domu. Od razu zobaczyłam Richarda siedzącego z Rex'em na kanapie, co już było dziwne, bo mu nigdy nie pozwalał przebywać na kanapie, był znudzony i zamyślony jednocześnie.
- Co, nadal nic od niejakiego Headshota - spytałam, rzucając torbę do swojego pokoju.
- Niestety masz rację - odpowiedział mi ledwie wyraźnie.
- Lepiej idź odpocząć, bo wyglądasz gorzej niż siedem nieszczęść. A poza tym, jak przyjdzie co do czego, to nie będziesz miał siły gonić Headshota i będziesz musiał prosić mnie o pomoc.


No to nabazgrałam ;-)
Czekam jak zwykle na opinie :)
Czy w ogóle to ktoś czyta ? XD

wtorek, 19 maja 2015

Rozdział 54.

Następnego dnia razem z Bellą po śniadaniu i spacerze z Rex'em poszłyśmy do niej. Przy kawie wspominałyśmy jak  razem z naszą grupą tańczyliśmy w parku. Wpadłyśmy na pomysł, abyśmy znów się spotkali, jak za dawnych dobrych czasów. Pisząc do wszystkich na czatach i tego typu rzeczach, mieliśmy się spotkać dnia następnego, gdyż nie wszyscy mogli. Więc za niedługo postanowiłam wrócić do domu, bo Bella miała się spotkać z Rob'em.
Gdy wróciłam do domu, zastałam go pustego, pomyślałam, że Richard jest na jakiejś fajnej akcji, bądź nudzi się zastanawianiem, kto mógł kogoś zabić. Stwierdziłam, że wolałabym się nudzić razem z nimi niż sama w domu. Poszłam do kuchni zrobiłam kolację. Napisałam w razie czego, że danie jest w lodówce i może podgrzać w mikrofalówce, jak ma jeszcze siły. Sama po zjedzeniu, obejrzałam ciekawy film w telewizji pod tytułem "Blitz" i poszłam spać.
Rano obudził mnie Rex głośnym szczekaniem. Nie wiedząc o co chodzi, ledwie zwlekłam się z łóżka prawie z niego spadając i poszłam za psem. Kompletnie nie spodziewałam się tego, że obudził mnie tylko po to, abym dała mu jeść. Kiedy już to zrobiłam, zobaczyłam przez w pół otwarte drzwi sypialni Richarda, który spał w ubraniu, a nawet w płaszczu bez przykrycia kołdrą. Przestałam denerwować się na Rex'a z tego powodu. Po cichu zrobiłam sobie śniadanie i je zjadłam. Zeszło mi się godzinę, bo moje ruchy były  tak powolne, że chyba wolniejsze od ślimaka. Stwierdziłam, że do spotkania z grupą jest jeszcze kupę czasu, więc popatrzyłam jakieś bzdety w internecie. Następnie ogarnęłam co potrzebne z produktów spożywczych, wzięłam swoje słuchawki nauszne i poszłam do sklepu.  W ogóle się nie śpieszyłam, spokojnie doszłam na miejsce, zrobiłam zakupy i wróciłam. Gdy byłam już z powrotem w domu okazało się, że aż za przedłużałam tą podróż i że po wypakowaniu zakupionych produktów, musiałam już wychodzić na miejsce spotkania, czyli jak zwykle, tradycyjnie w parku. Podczas drogi kontynuowałam słuchanie utworów Linkin Park. Gdy dotarłam na miejsce była połowa ludzi, a w niej moje przyjaciółki. Przywitałam się z każdym, a potem w grupie porozmawialiśmy. W tym czasie ktoś dochodził. Kiedy byli już wszyscy ustaliliśmy, że zatańczymy nasz pierwszy i ulubiony układ, a następnie muzykę. Nie tańczyliśmy tylko do jednego utworu. Gdy skończyliśmy, jedna z dziewczyn opowiedziała, że oglądała filmiki jakiejś dziewczyny, która tańczyła do Rock'owych kawałków, ktoś inny zaproponował, żebyśmy i my spróbowali. Wszyscy uważaliśmy to za ciekawy pomysł i że możemy spróbować. Umawialiśmy się, że pomyślimy nad krokami i za tydzień spotkamy się i je pokarzemy. Ale mimo tego i tak utworzyliśmy wspólnie początek układy i trochę nam się z tym zeszło, łącznie z jego ćwiczeniem. Wróciłam do domu o północy. Dom był po raz kolejny pusty. Trochę tak smutno wracać do pustego domu. Aż współczułam Richard'owi, ciekawe, czy w ogóle ma czas na odpoczynek, nie mówiąc już o jakimś posiłku.
Gdy nadszedł kolejny dzień obudziłam się w pustym domu. Nie przebierając się, bo jaki ma sens przebieranie się z dresów na dresy? Poszłam coś przekąsić. Południem spotkałam się z Bellą, Evelyn, Kaylą oraz Carly. Pospacerowałyśmy i pogadałyśmy. Pomyślałyśmy trochę o krokach do nowego układu grupy. Niestety nie wszyscy mają tak dużo czasu jak ja i musiałyśmy się rozejść. Wracając z powrotem przez moje ulubione miejsce, czyli park, spotkałam Colina z zespołem. Pogadaliśmy trochę. Opowiedziałam o pomyśle tańczeniu do Rock'owej muzyki i zaproponował, że jakby coś to możemy połączyć siły. Oni grają, my tańczymy. Spodobał mi się ten pomysł i w razie czego jesteśmy w kontakcie.
Gdy wróciłam do domu była osiemnasta. Zrobiłam obiadokolację, sama zjadłam, a resztę podzieliłam na trzy i spakowałam w opakowania plastikowe. Poszłam na komisariat do Richarda i jego zespołu. Wyglądali jak śmierć. Rzuciłam tylko: "Pewnie jesteście głodni" i rozdałam posiłki, które były jeszcze ciepłe. Rex oczywiście też coś dostał. 


No to coś napisałam... Może być nudne, ale chciałam coś spokojnego napisać. Niedługo akcja może się trochę rozwinąć. Mam jeszcze dużo pomysłów ;) 
Nadal czekam na opinie...

niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział 53.

Obudziłam się... Hmm... Nie wiem gdzie. Widziałam tylko białe oślepiające mnie światło. Usłyszałam kobiecy głos, nakazywała mi coś podać. Nie wiem co dalej, bo "odpłynęłam". Nie wiem ile czasu upłynęło od tamtego momentu. Obudziłam się kompletnie zdezorientowana. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam się ruszyć. Jakbym miała wszystko bezwładne. Mogłam tylko jedynie obkręcić głową, więc przekręciłam najpierw w prawą stronę, potem na lewą, okazała się, że po jednej i po drugiej stronie były jeszcze dwa łóżka, jednak nie widziałam, czy to były kobiety, czy mężczyźni, bo jednak widziałam jak przez mgłę. Ponownie zamknęłam oczy zasypiając. Jednak kiecy spałam, co jakiś czas oczy otwierały mi się na krótko, bo zaraz powieki znów się zamykały.

Trochę później...
Od kilku dni nie mogę spać, to chyba dlatego, że wcześniej dużo spałam. W środku nocy wszyscy śpią. Nawet do pielęgniarki nie wolno się odezwać, bo nie przychodzi. Od czasu do czasu przychodzi do mnie Richard, ale bez Rex'a, bo tu nie można przyprowadzać zwierząt. Ostatnio rzadziej, bo ma jakąś sprawę trudną. Z tego co mi mówił, to przychodzili w swoim czasie inni, ale spałam. Nawet Sam przychodził, a któregoś razu powiedział Richard'owi, że nie jestem zwykłą dziewczyną (co mnie zdziwiło) i że głupi był, ze nie zawalczył o mnie. Od tamtej pory więcej nie przyszedł. Po tym jak się o tym dowiedziałam i kiedy nie mogę usnąć i rozmyślam, rozmyślam między innymi o tym. Dochodziłam do różnych wniosków co do tego, ale za każdym razem dochodziłam do innego.
Czułam, że mnie wszystko boli. Możliwe, że od leżenia. Rany które miałam były całkiem nie duże, ale obrażenia niestety duże i długo się goiły. Nie miałam zezwolenia nawet siąść na chwilę na łóżku, żeby zmienić choć na chwilę pozycję i żeby od drętwiało mi ciało. Powoli zaczął nastawać dzień. Lubiłam patrzeć jak wchodzi słońce nie widząc do, tylko leżąc tyłem do niego. Za jakiś czas nastał pełny ranek i niektórzy pacjenci zaczynali już chodzić.

6 miesięcy później.
Kolejny dzień w domu. Nudny dzień w domu. Od dłuższego czasu po wyjściu ze szpitala moje dni tak wyglądały. Każdy mi mówił, żeby się oszczędzać, dbać o siebie i nie robić rzeczy, których lekarz mi zabronił. To mnie kompletnie wkurzało. Wyleżałam się tyle w szpitalu, żeby chyba się wykurować. Leżałam na kanapie, chyba można było to tak nazwać, gdyż nogi założyłam na oparcie kanapy i do góry nogami oglądałam jakiś bezsensowny serial, gdzie każdy w każdym się zakochiwał. Beznadzieja. Nieoczekiwanie ktoś zawitał do drzwi. Po usłyszanym dzwonku  krzyknęłam znudzone, na odwal się "otwarte!" i weszli zaraz pan Han, Dre oraz Bella. Wtedy jakoś nuda przeszła. Pogadaliśmy przy kawie o różnych rzeczach i powspominaliśmy te dawne dobre czasy. Nawet nie wiem kiedy nastał wieczór. Bella zaproponowała, że zostanie na nic i obejrzymy jakiś film. I tak zrobiłyśmy. Obejrzałyśmy "Adrenalinę" przy soczku i popcornie, potem trochę pogadałyśmy, głównie o obejrzanym filmie i poszłyśmy spać.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i coś napisałam, rozdział spokojny i może nawet nudny, ale i tak czekam na opinię :)

sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział 52.

Odsunęłam się od wszystkich. Miałam ich w dupie sama nie wiem czego. Nic mnie nie obchodziło. Po  jakimś długim momencie ogarnęłam się i odpowiedziałam na pytanie: "czy coś mi jest" - "nie", oraz "czy wszystko okay" -"tak". Nadal szumiało mi w uszach. Powiedziałam tylko "zabierzcie mnie w spokojniejsze miejsce". Na co pan Han wziął mnie za rękę i prowadził, idąc za Benny'm. Domyślałam się, że to do niego jedziemy, bo gdy wsiedliśmy do samochodu on prowadził, a potem otworzył dom do którego dojechaliśmy. Usiedliśmy na kanapie. Po kilku minutach te "dzwoneczki" w uszach przestały mi dzwonić. Nagle zadzwonił telefon domowy Benny'ego. Długo nie czekałam, żeby dowiedzieć się, że dzwonił to Peter. Tym razem miał napaść na bank i pozabijać tam ludzi tych, którzy mu przeszkadzają. Znów ta burza mózgów, jak i gdzie mamy szukać. "Kurwa" - tylko to mi się wtedy nasunęło.
- Jest jeden bank. Mimo, że znajduję się w centrum handlowym, jest duży.
- Jedziemy tam - powiedziałam. - W razie czego szukaj drugiego dużego banku - dodałam zaraz wstając i kierując się do drzwi, za mną ruszył Han i Benny. Dojechaliśmy tam w piętnaście minut, bo Ben zabawił się w "Szybkich i wściekłych" i bardzo szybko jechał. Będąc już na miejscu,  okazało się, że to jest budynek niedaleko miejsca, gdzie byli uwolnieni między innymi rodzina Hana. Weszliśmy do wprost gigantycznego budynku. Tam stał Peter z zakładnikiem, przykładał mu broń do szyi. Stał na tak jakby balkonie.
- Znam go parę dni, a już mam ochotę go zabić - powiedziałam pod nosem, patrząc na niego.
- Widzę, że idzie z godnie z planem - powiedział Peter z tym swoim głupim uśmieszkiem. Zaczynał coraz mocniej mnie wkurzać.
- Hej, powiedzcie, żeby wszyscy dyskretnie jakoś przenieśli się w jedno miejsce - powiedziałam, a sama pobiegłam do murów, po których sprytnie weszłam na ten balkon. Skradałam się za kolumnami, które tam były. Widziałam jak Peter ucieka. Gnałam za nim szybko, by go nie zgubić, ale też cicho, żeby mnie nie słyszał. Chyba skąsał się, że idę za nim, bo rzucił zakładnikiem we mnie, żeby mnie spowolnić. Zaczęłam biec za nim ile sił w nogach. Trafiłam za nim do miejsca gdzie byli zakładnicy, właśnie, byli, bo z tam tond zniknęli. Nagle Peter rzucił się na mnie z pięściami, ja próbowałam się bronić i tak zaczęliśmy się bić. Na podłodze leżał raz on, raz ja. Kiedy on zaczął używać sztuk walki, ja też zaczęłam ich stosować. Niezły był w tych klockach. Wymienialiśmy się ciosami, jeden za drugim. W pewnym momencie miał nade mną przewagę i w końcu jak nie pchną mnie o ścianę, to nie mogłam wziąć oddechu i jeszcze strasznie bolało. On uciekł. Gdy doszłam choć trochę do siebie, zaczęłam go szukać. Zorientowałam się, że są drzwi otwarte, najprawdopodobniej  na dach, szybko poszłam w tam tym kierunku. Zauważyłam go. Stał w części gdzie dach najpierw był normalny, a zaraz był wypukły. Dziwna była ta część budowli. Stał, był tam również Han i walczył z jego ludźmi. Ten szaleniec owinął i przywiązał wszystkich do sznura, czekał tylko, aż my poniesiemy klęskę i damy im zginąć. Stałam tam, nie wiedząc co robić. Patrzył na mnie i śmiał się, coraz głośniej i głośniej. Wkurzyłam się, podbiegłam i już miałam go szurnąć, a on puścił jeden sznur, który miał pod stopą.
- Nie radzę - powiedział nadal ze swoim uśmieszkiem.
- Ty sukinsynu - powiedziałam, patrząc na niego z nienawiścią w oczach.
- Jeżeli chcesz, aby przeżył, musisz mnie pokonać - powiedział biorąc całkiem długą końcówkę sznura i przywiązając do barierki, która tam była. Zaatakował pierwszy, żeby mnie nastraszyć, ale zrobiłam unik, wyginając się mocno do tyłu. Popatrzyłam na niego z pogardą. Poszliśmy w miejsce, gdzie było dużo wolnego obszaru, cały czas patrzyliśmy na siebie. Znów rozpoczęliśmy walkę. On strasznie szybko, a ja na spokojnie, starałam się, aby nie było tak w stylu "chcę cię szybko załatwić" albo "nie masz ze mną szans". Ja jedno kopnięcie, on dziesięć. Mimo to, że częściej go trafiałam niż on, to ni stąd ni zowąd, leżałam na glebie, starałam się uniknąć jego dalszych ciosów. Podniosłam się unikając jego uderzenia i zaczęłam stosować szybsze ruchy, podziałało, bo on leżał na glebie. Stanęłam nad nim, popatrzyłam na nim i wkrótce stracił przytomność, co było przyczyną całkiem nie lekkiego uderzenia w głowę. Han wyciągną już swoją córkę i żonę. Ja wyciągnęłam sznur z Samem, a potem z Cassie. Na mojej twarzy za widniały wyrzuty sumienia. Odsunęłam się od niej i popatrzyłyśmy sobie w oczy. Nikt nie spodziewał się tego co się za chwilę stanie. Nagle poczułam przeszywający mnie ból z tyłu pleców, kręgosłupa, aż po brzuch. Zaraz poczułam jeszcze dwa razy to samo. Nie mogłam wziąć oddechu, było mi go ciężko wziąć, dopiero co kilka dziesięć sekundach. Zaraz koło mnie był Sam, Han i pytali co si  e stało, byli zdezorientowani. Nie mogłam nic powiedzieć. Przed oczami robiła mi się ciemno. Ktoś wziął mnie na ręce ledwie przytomną. Raz widziałam ciemność, raz rozmazany obraz. Z czasem już w ogóle nie mogłam wziąć oddechu. Straciłam przytomność.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No to jest kolejny.
Ale ja wymyślam XD
Czekam na wasze opinie ;-)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział 51.

- Chura! Udało się! - krzyknęłam wesoło - teraz, gdzie może być ta bomba ? - zaraz w biegu rozmyślaliśmy z panem Hanem opcje. "Hmm. Miejsce którego musi nieźle nienawidzić, gdzie jest pełno ludzi" - głośno myślałam.
- Moment! Mam! To może być komisatiat w któm go pan zamkną! - nagle krzyknęłam.
- Ruszajmy - powiedział pan Han. Trochę nam się zeszło zanim dotarliśmy. Stanęśmy przed budynkiem. Spojżałam do góry i poraził mnie blk słońca odbijający się id dużych okien. Weszliśmy do środka. Tam od razu jakiś facet poznał pana Hana i zaczą się drzeć, że dzwonił do niego, a on nie odbierał. Zaraz dowiedziałam się, że miałam rację. To tu była bomba. Zaraz Benny, bo tak miał na imię ten koleś, zaprowadził nas do pomieszczenia gdzie był ten cholerny ładunek wybuchowy. Znów stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam kto go trzyma. To był Dre. Potrząsnęłam głową i podeszłam do niego.
- Jezu, to jest szaleniec... - powiedziałam cicho pod nosem.
- Gorzej - zaraz dopowiedział pan Han. 
- Musimy coś zrobić  - pogrążyłam się, co zrobić z tym czymś na kolanach Dre'a.
- Kulki, które tam są, muszą być w miejscu, żeby bomba nie uruchomiła się, ale w razie czego to i tak trzeba uważać, bo może być jakiś chaczyk. - powiedział Benny.
- Jak zawsze - burknęłam. - Proszę pana - zwróciła się do pana Hana - niech pan powie komuś, żeby przeprowadzić dyskretną ewakuację. Wystarczy, że co najmniej ja będę trupem - powiedziałam, mając w myśli coś szalonego, jak to ja.
- Dobrze - powiedział - tylko mów mi po imieniu, bo ciągle ten pan i pan - lekko uśmiechną się do mnie i poszedł.
- Dobrze - tyko tyle udało mi się powiedzieć, bo za moment już go nie było. - Gdzieś tu może jest w pobliżu wolne jakieś pole czy coś - spytałam Benny'ego.
- Tak. Wychodzi się na nie tylnym wyjściem. Są tam takie nie użytki, mieliśmy je wykorzystać, ale jakoś za dużo roboty.
- Duże? Znaczy, czy jest dostatecznie długie, żeby nic nie dotknęła detonacja.
- Jak odejdzie się kilka mil, to nic nikomu się nie stanie.
- To dobrze. Obejżmy to ustrojstwo czy nie ma jakiegoś chaczyka. 
- Co ty kombinujesz? 
- Lepiej, żebyś nie wiedział - rzuciłam gdy nagle zauwarzyłam dobrze ukryty kabelek. Powiedziałam, żeby delikatnie odczepili to od Dre'a i przyczepili do mnie, a zaraz po tym, aby podali mi to tykające pudełko. Powiedziałam "Muszę to z tąd wynieść", zaś wszyscy pytali się "Jesteś pewna?", ja odwiedziałam "tak". Chociarz pewności do tego nie miałam. Wszyscy dodawali mi otuchy w słowach typu " Dasz radę", "Wierzymy w ciebie" jednak miała trochę inne wrażenie.. Była na piętrze, więc musiałam zejść. Stawiałam powoli jak mogłam krok. Na dole było duło procowników, którzy patrzyli na mnie wzrokiem... Nadziei? Zaufania? Nie wiem, nie za bardzo się na tym koncentrowałam. Schodziłam gdzieś dwadzieścia minut, a dojście do tylnych drzwi, chyba z pół godziny. Kiedy już dotarłam do tego tylnego wyjścia, musiałam pokonać trzy schody. Udało się. Potem bardzo powoli oddalałam się od tego miejsca. Nie widziałam tego, ale słyszałam, bo ludzie którzy się zbiegli się partrzyć, było ich coraz mniej słychać. I oczywiście jeszcze telewizja obserwowała mnie z helikopta. To było dziwne uczycie. Poczułam się jak w jakimś filmie akcji. Gdy doszłam do pewnego momentu, delikadnie kucnęłam i położyłam na ziemi pudełko. Nie wiem jakim cudem ja jeszcze żyję. Delikatnie odczepiłam kabelek. Jednak i tak coś zruszyłam. Zegar zaczą tykać. Miałam minutę, nie całą minutę do ucieczki. Biegłam ile sił w nogach. Nawet nie wiedziałam, że jestem tak daleko od tego budynku. Nastąpił wynuch. Nie uciekłam za daleko, bo mnie odżuciło. Nieźle się potłukłam. Szczególnie prawy bark i prawa strona od biodra do kolana. Wstając lekko utykałam. Hmm... W tam tym momencie przypomniałam sobie piosenkę zespołu, którego kiedyś słuchałam częściej, i nawet byłam fanką, ale z powodu różnych sytuacji raczej nie za bardzo miałam głowę to słuchania jakiejkolwiek muzyki. O ile się nie mylę był to tytuł "We Made It" zespołu Linkin Park. Byłam ogłuszona i nie słyszałam kto co do mnie mówi, tyko nadal bujałam w obłokach. Dawałam znak, że nie słyszę. Po dłuższym czasie usłyszałam burzę głosów, Hana, Dre'a nawet dziennikarzy jakiś, co stąpali za mną. 

-----------------------------------------------------------------------------

Pora wskrzesić tego bloga, strasznie go zaniedbałam. Mam nadzieję, że ktoś jednak o nim pamięta ;) 
Za jakiekolwiek, nawet najgłópsze błędy przepraszam. Uzasadniam to tym, że pisałam szybko i na dodatek na tablecie, gdzie on czasami nie chce działać jak ja chce XD
Czekam na opinie :-)