wtorek, 19 maja 2015

Rozdział 54.

Następnego dnia razem z Bellą po śniadaniu i spacerze z Rex'em poszłyśmy do niej. Przy kawie wspominałyśmy jak  razem z naszą grupą tańczyliśmy w parku. Wpadłyśmy na pomysł, abyśmy znów się spotkali, jak za dawnych dobrych czasów. Pisząc do wszystkich na czatach i tego typu rzeczach, mieliśmy się spotkać dnia następnego, gdyż nie wszyscy mogli. Więc za niedługo postanowiłam wrócić do domu, bo Bella miała się spotkać z Rob'em.
Gdy wróciłam do domu, zastałam go pustego, pomyślałam, że Richard jest na jakiejś fajnej akcji, bądź nudzi się zastanawianiem, kto mógł kogoś zabić. Stwierdziłam, że wolałabym się nudzić razem z nimi niż sama w domu. Poszłam do kuchni zrobiłam kolację. Napisałam w razie czego, że danie jest w lodówce i może podgrzać w mikrofalówce, jak ma jeszcze siły. Sama po zjedzeniu, obejrzałam ciekawy film w telewizji pod tytułem "Blitz" i poszłam spać.
Rano obudził mnie Rex głośnym szczekaniem. Nie wiedząc o co chodzi, ledwie zwlekłam się z łóżka prawie z niego spadając i poszłam za psem. Kompletnie nie spodziewałam się tego, że obudził mnie tylko po to, abym dała mu jeść. Kiedy już to zrobiłam, zobaczyłam przez w pół otwarte drzwi sypialni Richarda, który spał w ubraniu, a nawet w płaszczu bez przykrycia kołdrą. Przestałam denerwować się na Rex'a z tego powodu. Po cichu zrobiłam sobie śniadanie i je zjadłam. Zeszło mi się godzinę, bo moje ruchy były  tak powolne, że chyba wolniejsze od ślimaka. Stwierdziłam, że do spotkania z grupą jest jeszcze kupę czasu, więc popatrzyłam jakieś bzdety w internecie. Następnie ogarnęłam co potrzebne z produktów spożywczych, wzięłam swoje słuchawki nauszne i poszłam do sklepu.  W ogóle się nie śpieszyłam, spokojnie doszłam na miejsce, zrobiłam zakupy i wróciłam. Gdy byłam już z powrotem w domu okazało się, że aż za przedłużałam tą podróż i że po wypakowaniu zakupionych produktów, musiałam już wychodzić na miejsce spotkania, czyli jak zwykle, tradycyjnie w parku. Podczas drogi kontynuowałam słuchanie utworów Linkin Park. Gdy dotarłam na miejsce była połowa ludzi, a w niej moje przyjaciółki. Przywitałam się z każdym, a potem w grupie porozmawialiśmy. W tym czasie ktoś dochodził. Kiedy byli już wszyscy ustaliliśmy, że zatańczymy nasz pierwszy i ulubiony układ, a następnie muzykę. Nie tańczyliśmy tylko do jednego utworu. Gdy skończyliśmy, jedna z dziewczyn opowiedziała, że oglądała filmiki jakiejś dziewczyny, która tańczyła do Rock'owych kawałków, ktoś inny zaproponował, żebyśmy i my spróbowali. Wszyscy uważaliśmy to za ciekawy pomysł i że możemy spróbować. Umawialiśmy się, że pomyślimy nad krokami i za tydzień spotkamy się i je pokarzemy. Ale mimo tego i tak utworzyliśmy wspólnie początek układy i trochę nam się z tym zeszło, łącznie z jego ćwiczeniem. Wróciłam do domu o północy. Dom był po raz kolejny pusty. Trochę tak smutno wracać do pustego domu. Aż współczułam Richard'owi, ciekawe, czy w ogóle ma czas na odpoczynek, nie mówiąc już o jakimś posiłku.
Gdy nadszedł kolejny dzień obudziłam się w pustym domu. Nie przebierając się, bo jaki ma sens przebieranie się z dresów na dresy? Poszłam coś przekąsić. Południem spotkałam się z Bellą, Evelyn, Kaylą oraz Carly. Pospacerowałyśmy i pogadałyśmy. Pomyślałyśmy trochę o krokach do nowego układu grupy. Niestety nie wszyscy mają tak dużo czasu jak ja i musiałyśmy się rozejść. Wracając z powrotem przez moje ulubione miejsce, czyli park, spotkałam Colina z zespołem. Pogadaliśmy trochę. Opowiedziałam o pomyśle tańczeniu do Rock'owej muzyki i zaproponował, że jakby coś to możemy połączyć siły. Oni grają, my tańczymy. Spodobał mi się ten pomysł i w razie czego jesteśmy w kontakcie.
Gdy wróciłam do domu była osiemnasta. Zrobiłam obiadokolację, sama zjadłam, a resztę podzieliłam na trzy i spakowałam w opakowania plastikowe. Poszłam na komisariat do Richarda i jego zespołu. Wyglądali jak śmierć. Rzuciłam tylko: "Pewnie jesteście głodni" i rozdałam posiłki, które były jeszcze ciepłe. Rex oczywiście też coś dostał. 


No to coś napisałam... Może być nudne, ale chciałam coś spokojnego napisać. Niedługo akcja może się trochę rozwinąć. Mam jeszcze dużo pomysłów ;) 
Nadal czekam na opinie...

niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział 53.

Obudziłam się... Hmm... Nie wiem gdzie. Widziałam tylko białe oślepiające mnie światło. Usłyszałam kobiecy głos, nakazywała mi coś podać. Nie wiem co dalej, bo "odpłynęłam". Nie wiem ile czasu upłynęło od tamtego momentu. Obudziłam się kompletnie zdezorientowana. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam się ruszyć. Jakbym miała wszystko bezwładne. Mogłam tylko jedynie obkręcić głową, więc przekręciłam najpierw w prawą stronę, potem na lewą, okazała się, że po jednej i po drugiej stronie były jeszcze dwa łóżka, jednak nie widziałam, czy to były kobiety, czy mężczyźni, bo jednak widziałam jak przez mgłę. Ponownie zamknęłam oczy zasypiając. Jednak kiecy spałam, co jakiś czas oczy otwierały mi się na krótko, bo zaraz powieki znów się zamykały.

Trochę później...
Od kilku dni nie mogę spać, to chyba dlatego, że wcześniej dużo spałam. W środku nocy wszyscy śpią. Nawet do pielęgniarki nie wolno się odezwać, bo nie przychodzi. Od czasu do czasu przychodzi do mnie Richard, ale bez Rex'a, bo tu nie można przyprowadzać zwierząt. Ostatnio rzadziej, bo ma jakąś sprawę trudną. Z tego co mi mówił, to przychodzili w swoim czasie inni, ale spałam. Nawet Sam przychodził, a któregoś razu powiedział Richard'owi, że nie jestem zwykłą dziewczyną (co mnie zdziwiło) i że głupi był, ze nie zawalczył o mnie. Od tamtej pory więcej nie przyszedł. Po tym jak się o tym dowiedziałam i kiedy nie mogę usnąć i rozmyślam, rozmyślam między innymi o tym. Dochodziłam do różnych wniosków co do tego, ale za każdym razem dochodziłam do innego.
Czułam, że mnie wszystko boli. Możliwe, że od leżenia. Rany które miałam były całkiem nie duże, ale obrażenia niestety duże i długo się goiły. Nie miałam zezwolenia nawet siąść na chwilę na łóżku, żeby zmienić choć na chwilę pozycję i żeby od drętwiało mi ciało. Powoli zaczął nastawać dzień. Lubiłam patrzeć jak wchodzi słońce nie widząc do, tylko leżąc tyłem do niego. Za jakiś czas nastał pełny ranek i niektórzy pacjenci zaczynali już chodzić.

6 miesięcy później.
Kolejny dzień w domu. Nudny dzień w domu. Od dłuższego czasu po wyjściu ze szpitala moje dni tak wyglądały. Każdy mi mówił, żeby się oszczędzać, dbać o siebie i nie robić rzeczy, których lekarz mi zabronił. To mnie kompletnie wkurzało. Wyleżałam się tyle w szpitalu, żeby chyba się wykurować. Leżałam na kanapie, chyba można było to tak nazwać, gdyż nogi założyłam na oparcie kanapy i do góry nogami oglądałam jakiś bezsensowny serial, gdzie każdy w każdym się zakochiwał. Beznadzieja. Nieoczekiwanie ktoś zawitał do drzwi. Po usłyszanym dzwonku  krzyknęłam znudzone, na odwal się "otwarte!" i weszli zaraz pan Han, Dre oraz Bella. Wtedy jakoś nuda przeszła. Pogadaliśmy przy kawie o różnych rzeczach i powspominaliśmy te dawne dobre czasy. Nawet nie wiem kiedy nastał wieczór. Bella zaproponowała, że zostanie na nic i obejrzymy jakiś film. I tak zrobiłyśmy. Obejrzałyśmy "Adrenalinę" przy soczku i popcornie, potem trochę pogadałyśmy, głównie o obejrzanym filmie i poszłyśmy spać.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i coś napisałam, rozdział spokojny i może nawet nudny, ale i tak czekam na opinię :)

sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział 52.

Odsunęłam się od wszystkich. Miałam ich w dupie sama nie wiem czego. Nic mnie nie obchodziło. Po  jakimś długim momencie ogarnęłam się i odpowiedziałam na pytanie: "czy coś mi jest" - "nie", oraz "czy wszystko okay" -"tak". Nadal szumiało mi w uszach. Powiedziałam tylko "zabierzcie mnie w spokojniejsze miejsce". Na co pan Han wziął mnie za rękę i prowadził, idąc za Benny'm. Domyślałam się, że to do niego jedziemy, bo gdy wsiedliśmy do samochodu on prowadził, a potem otworzył dom do którego dojechaliśmy. Usiedliśmy na kanapie. Po kilku minutach te "dzwoneczki" w uszach przestały mi dzwonić. Nagle zadzwonił telefon domowy Benny'ego. Długo nie czekałam, żeby dowiedzieć się, że dzwonił to Peter. Tym razem miał napaść na bank i pozabijać tam ludzi tych, którzy mu przeszkadzają. Znów ta burza mózgów, jak i gdzie mamy szukać. "Kurwa" - tylko to mi się wtedy nasunęło.
- Jest jeden bank. Mimo, że znajduję się w centrum handlowym, jest duży.
- Jedziemy tam - powiedziałam. - W razie czego szukaj drugiego dużego banku - dodałam zaraz wstając i kierując się do drzwi, za mną ruszył Han i Benny. Dojechaliśmy tam w piętnaście minut, bo Ben zabawił się w "Szybkich i wściekłych" i bardzo szybko jechał. Będąc już na miejscu,  okazało się, że to jest budynek niedaleko miejsca, gdzie byli uwolnieni między innymi rodzina Hana. Weszliśmy do wprost gigantycznego budynku. Tam stał Peter z zakładnikiem, przykładał mu broń do szyi. Stał na tak jakby balkonie.
- Znam go parę dni, a już mam ochotę go zabić - powiedziałam pod nosem, patrząc na niego.
- Widzę, że idzie z godnie z planem - powiedział Peter z tym swoim głupim uśmieszkiem. Zaczynał coraz mocniej mnie wkurzać.
- Hej, powiedzcie, żeby wszyscy dyskretnie jakoś przenieśli się w jedno miejsce - powiedziałam, a sama pobiegłam do murów, po których sprytnie weszłam na ten balkon. Skradałam się za kolumnami, które tam były. Widziałam jak Peter ucieka. Gnałam za nim szybko, by go nie zgubić, ale też cicho, żeby mnie nie słyszał. Chyba skąsał się, że idę za nim, bo rzucił zakładnikiem we mnie, żeby mnie spowolnić. Zaczęłam biec za nim ile sił w nogach. Trafiłam za nim do miejsca gdzie byli zakładnicy, właśnie, byli, bo z tam tond zniknęli. Nagle Peter rzucił się na mnie z pięściami, ja próbowałam się bronić i tak zaczęliśmy się bić. Na podłodze leżał raz on, raz ja. Kiedy on zaczął używać sztuk walki, ja też zaczęłam ich stosować. Niezły był w tych klockach. Wymienialiśmy się ciosami, jeden za drugim. W pewnym momencie miał nade mną przewagę i w końcu jak nie pchną mnie o ścianę, to nie mogłam wziąć oddechu i jeszcze strasznie bolało. On uciekł. Gdy doszłam choć trochę do siebie, zaczęłam go szukać. Zorientowałam się, że są drzwi otwarte, najprawdopodobniej  na dach, szybko poszłam w tam tym kierunku. Zauważyłam go. Stał w części gdzie dach najpierw był normalny, a zaraz był wypukły. Dziwna była ta część budowli. Stał, był tam również Han i walczył z jego ludźmi. Ten szaleniec owinął i przywiązał wszystkich do sznura, czekał tylko, aż my poniesiemy klęskę i damy im zginąć. Stałam tam, nie wiedząc co robić. Patrzył na mnie i śmiał się, coraz głośniej i głośniej. Wkurzyłam się, podbiegłam i już miałam go szurnąć, a on puścił jeden sznur, który miał pod stopą.
- Nie radzę - powiedział nadal ze swoim uśmieszkiem.
- Ty sukinsynu - powiedziałam, patrząc na niego z nienawiścią w oczach.
- Jeżeli chcesz, aby przeżył, musisz mnie pokonać - powiedział biorąc całkiem długą końcówkę sznura i przywiązając do barierki, która tam była. Zaatakował pierwszy, żeby mnie nastraszyć, ale zrobiłam unik, wyginając się mocno do tyłu. Popatrzyłam na niego z pogardą. Poszliśmy w miejsce, gdzie było dużo wolnego obszaru, cały czas patrzyliśmy na siebie. Znów rozpoczęliśmy walkę. On strasznie szybko, a ja na spokojnie, starałam się, aby nie było tak w stylu "chcę cię szybko załatwić" albo "nie masz ze mną szans". Ja jedno kopnięcie, on dziesięć. Mimo to, że częściej go trafiałam niż on, to ni stąd ni zowąd, leżałam na glebie, starałam się uniknąć jego dalszych ciosów. Podniosłam się unikając jego uderzenia i zaczęłam stosować szybsze ruchy, podziałało, bo on leżał na glebie. Stanęłam nad nim, popatrzyłam na nim i wkrótce stracił przytomność, co było przyczyną całkiem nie lekkiego uderzenia w głowę. Han wyciągną już swoją córkę i żonę. Ja wyciągnęłam sznur z Samem, a potem z Cassie. Na mojej twarzy za widniały wyrzuty sumienia. Odsunęłam się od niej i popatrzyłyśmy sobie w oczy. Nikt nie spodziewał się tego co się za chwilę stanie. Nagle poczułam przeszywający mnie ból z tyłu pleców, kręgosłupa, aż po brzuch. Zaraz poczułam jeszcze dwa razy to samo. Nie mogłam wziąć oddechu, było mi go ciężko wziąć, dopiero co kilka dziesięć sekundach. Zaraz koło mnie był Sam, Han i pytali co si  e stało, byli zdezorientowani. Nie mogłam nic powiedzieć. Przed oczami robiła mi się ciemno. Ktoś wziął mnie na ręce ledwie przytomną. Raz widziałam ciemność, raz rozmazany obraz. Z czasem już w ogóle nie mogłam wziąć oddechu. Straciłam przytomność.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No to jest kolejny.
Ale ja wymyślam XD
Czekam na wasze opinie ;-)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział 51.

- Chura! Udało się! - krzyknęłam wesoło - teraz, gdzie może być ta bomba ? - zaraz w biegu rozmyślaliśmy z panem Hanem opcje. "Hmm. Miejsce którego musi nieźle nienawidzić, gdzie jest pełno ludzi" - głośno myślałam.
- Moment! Mam! To może być komisatiat w któm go pan zamkną! - nagle krzyknęłam.
- Ruszajmy - powiedział pan Han. Trochę nam się zeszło zanim dotarliśmy. Stanęśmy przed budynkiem. Spojżałam do góry i poraził mnie blk słońca odbijający się id dużych okien. Weszliśmy do środka. Tam od razu jakiś facet poznał pana Hana i zaczą się drzeć, że dzwonił do niego, a on nie odbierał. Zaraz dowiedziałam się, że miałam rację. To tu była bomba. Zaraz Benny, bo tak miał na imię ten koleś, zaprowadził nas do pomieszczenia gdzie był ten cholerny ładunek wybuchowy. Znów stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam kto go trzyma. To był Dre. Potrząsnęłam głową i podeszłam do niego.
- Jezu, to jest szaleniec... - powiedziałam cicho pod nosem.
- Gorzej - zaraz dopowiedział pan Han. 
- Musimy coś zrobić  - pogrążyłam się, co zrobić z tym czymś na kolanach Dre'a.
- Kulki, które tam są, muszą być w miejscu, żeby bomba nie uruchomiła się, ale w razie czego to i tak trzeba uważać, bo może być jakiś chaczyk. - powiedział Benny.
- Jak zawsze - burknęłam. - Proszę pana - zwróciła się do pana Hana - niech pan powie komuś, żeby przeprowadzić dyskretną ewakuację. Wystarczy, że co najmniej ja będę trupem - powiedziałam, mając w myśli coś szalonego, jak to ja.
- Dobrze - powiedział - tylko mów mi po imieniu, bo ciągle ten pan i pan - lekko uśmiechną się do mnie i poszedł.
- Dobrze - tyko tyle udało mi się powiedzieć, bo za moment już go nie było. - Gdzieś tu może jest w pobliżu wolne jakieś pole czy coś - spytałam Benny'ego.
- Tak. Wychodzi się na nie tylnym wyjściem. Są tam takie nie użytki, mieliśmy je wykorzystać, ale jakoś za dużo roboty.
- Duże? Znaczy, czy jest dostatecznie długie, żeby nic nie dotknęła detonacja.
- Jak odejdzie się kilka mil, to nic nikomu się nie stanie.
- To dobrze. Obejżmy to ustrojstwo czy nie ma jakiegoś chaczyka. 
- Co ty kombinujesz? 
- Lepiej, żebyś nie wiedział - rzuciłam gdy nagle zauwarzyłam dobrze ukryty kabelek. Powiedziałam, żeby delikatnie odczepili to od Dre'a i przyczepili do mnie, a zaraz po tym, aby podali mi to tykające pudełko. Powiedziałam "Muszę to z tąd wynieść", zaś wszyscy pytali się "Jesteś pewna?", ja odwiedziałam "tak". Chociarz pewności do tego nie miałam. Wszyscy dodawali mi otuchy w słowach typu " Dasz radę", "Wierzymy w ciebie" jednak miała trochę inne wrażenie.. Była na piętrze, więc musiałam zejść. Stawiałam powoli jak mogłam krok. Na dole było duło procowników, którzy patrzyli na mnie wzrokiem... Nadziei? Zaufania? Nie wiem, nie za bardzo się na tym koncentrowałam. Schodziłam gdzieś dwadzieścia minut, a dojście do tylnych drzwi, chyba z pół godziny. Kiedy już dotarłam do tego tylnego wyjścia, musiałam pokonać trzy schody. Udało się. Potem bardzo powoli oddalałam się od tego miejsca. Nie widziałam tego, ale słyszałam, bo ludzie którzy się zbiegli się partrzyć, było ich coraz mniej słychać. I oczywiście jeszcze telewizja obserwowała mnie z helikopta. To było dziwne uczycie. Poczułam się jak w jakimś filmie akcji. Gdy doszłam do pewnego momentu, delikadnie kucnęłam i położyłam na ziemi pudełko. Nie wiem jakim cudem ja jeszcze żyję. Delikatnie odczepiłam kabelek. Jednak i tak coś zruszyłam. Zegar zaczą tykać. Miałam minutę, nie całą minutę do ucieczki. Biegłam ile sił w nogach. Nawet nie wiedziałam, że jestem tak daleko od tego budynku. Nastąpił wynuch. Nie uciekłam za daleko, bo mnie odżuciło. Nieźle się potłukłam. Szczególnie prawy bark i prawa strona od biodra do kolana. Wstając lekko utykałam. Hmm... W tam tym momencie przypomniałam sobie piosenkę zespołu, którego kiedyś słuchałam częściej, i nawet byłam fanką, ale z powodu różnych sytuacji raczej nie za bardzo miałam głowę to słuchania jakiejkolwiek muzyki. O ile się nie mylę był to tytuł "We Made It" zespołu Linkin Park. Byłam ogłuszona i nie słyszałam kto co do mnie mówi, tyko nadal bujałam w obłokach. Dawałam znak, że nie słyszę. Po dłuższym czasie usłyszałam burzę głosów, Hana, Dre'a nawet dziennikarzy jakiś, co stąpali za mną. 

-----------------------------------------------------------------------------

Pora wskrzesić tego bloga, strasznie go zaniedbałam. Mam nadzieję, że ktoś jednak o nim pamięta ;) 
Za jakiekolwiek, nawet najgłópsze błędy przepraszam. Uzasadniam to tym, że pisałam szybko i na dodatek na tablecie, gdzie on czasami nie chce działać jak ja chce XD
Czekam na opinie :-) 

piątek, 25 lipca 2014

Rozdział 50.

Stanęłam jak wryta. Na przeciwko mnie stał pan Han, ale nie patrzyliśmy na siebie. Jakbyśmy byli w innych światach. Przewróciłam oczami, popatrzyłam wpodłogę, przenosząc cały ciężar ciała na lewą nogę, a drugą wygiełam. Trzeba było się jakoś z tam tąd jakoś wydostać. Pan Han pidniósł głowę, a twarz mówiła "olśniło mnie".
- Wiem jak się z tąd wydostać - powiedział cicho - na razie chodźmy w kółko i patrzyjmy na siebie tak jakbyśmy mieli na siebie rzucić - nadal mówił cichym głosem. - Tam stoi dwóch, a za nimi jest krótki korytarz i ta winda. Musimy udawać, że walczymy...
- A potem ich załatwić - dopowiedziałam, domyślając się, o co mu chodzi.
- Tak.
- Ta, tylko ze mnie jezt marny aktorzyna.
- No ze mnie też... Ale trzeba spróbować.
I tak było, spróbowaliśmy. Parę razy on dostał ode mnie, a ja od niego. Ale w pewnym momencie, gdy już byliśmy na przeciwko tych dwóch kolesi, załatwiliśmy ich z mocnego kopniaka. Od razu byli na glebie i nie mogli złapac oddechu, a nam udało się dobiec do windy  nim wstali. Pojechaliśmy tak jakby na piętro niżej i uciekaliśmy jakimś tunelem. Dotarliśmy do tak jakby starego magazynu. Tam tylko stanęliśmy oboje w tym samym czasie jak słup soli. Tam byli zakładnicy których wziął Peter i zaraz on sam wyszedł z cienia i patrzył na nas z pogardą.
- Ty skurwysynu ! - krzyknęłam, chciałam biec w jego stronę, ale powstrzymał mnie stojący obok pan Han, mimo to ja nadal się szarpałam.
- Nie tak szybko. Na końcu tej zabawy staniesz ze mną w pojedynku - popatrzyłam na niego z przymróżonymi oczami - na początek musicie się z tąd wydostać i znaleźć bąbę, którą ukryłem w tym mieście - to powiedziawszy nagle zniknął w cieniu. Podbiegłam do dużych drzwi. Zamknięte. Wracając ponownie doznałam szoku. Akurat teraz padło światło tajemniczego mężczyznę, którego nie mogłam wcześniej rozpoznać. Niedowiary, to był Sam. Nie wiedziałam co o tym myśleć, ale próbowałam bardziej skoncentrować się nad tym, jak z tam tąd spieprzyć. Biegnąc jeszcze z powrotem, rozejżałam się. Były tylo okna. Małe, ale człowiek by się przecisnął, ale były wysoko. W owym magazynie były jeszcze stare rusztowania. Zaraz mój wzork powędrował na pana Hana. Siedział zrezygnowany, jakby się poddał. 
- O co chodzi? - spytałam. 
- O nic. 
- Przecież widzę. 
- Nie wiem... Czy to ma sens.
- Wyszystko jakiś sens musi mieć. 
- No nie wiem. 
- Niech pan wyżuci to co pana trapi. 
- Ech... Znowu zawiodłem rodzinę. Najpierw zajmowałem sie tylko pracą na komisarjacie. Następnie jak nie miałem do kogo wracać, zostałem marnym dozorcą, a teraż to... 
- Jak... to...
- Ten bandyta porwał moją żonę i córkę, a nie wiem co mam robić - wtedy popatrzyłam na twarz czerwoną od płaczy dziewczynki, obok niej była zapewne jej matka, potem koło niej Cassis i Sam. Jedno nie dawało mi spokoju, " pracy na komisatjacie", dowiedziałam się zaraz, że pan Han był policjantem, założył rodzinę, która od niego odeszła, bo za bardzo zajmował się pracą. 
- Proszę wstać - powiedziałam nagle. - Nie pozwolę na to, żeby pan mi się tu załamywał i stracił wszystko. Ja bym nie chciała, żeby prze ze mnie zginął człowiek, nawet którego nie nawidzę. Tak poza tym, to musimy się z tąd wynosić, a potem znajść bombę. 
- No ale jednak najpierw trzeba sie z tąd wydostać - powiedział, wstając z miemsca i staną koło mnie. 
- Ta ake jak. 
- Chyba wiem... - powiedział i ruszył w stronę rusztwania - wejdę, wybiję okno i zobaczę, jak można z gąd się wydostać! - krzykną, bo był kilka kroków przede mną. 
- Okay. Ale potem będę musiała się wspiąć, a moja równowaga nie jest zbyt dobra na dachach. 
- Pukk co, nie musisz jej nadużywać - powiedział z uśmiechem pan Han i zwinnie wspiął sie po tym rusztowaniu. Wybił szybę, wyszedł. Za kilka minut pojawił si w oknie i powiedział, że można sid z tąd wydostać. Trzeba było pójść na dach, ktory jest nisko i zeskoczyć. " No to teraz muszę naruszyć tą swoją równowagę" - powiedziałam na głos i ruszyłam w spinaczkę po rusztowaniu. 

No i jest. Jeżeli są błędy, to przepraszam, pisałam na tablecie. 
Mam nadzieję, że się podobało i czekam na wasze opinie :-) .

wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział 49.

Rozejrzałam się w jedną, potem w drugą stronę. Po mojej prawej siedział jakiś chłopak, a po lewej jakaś dziewczyna. on spokojnie siedział, ale widać był, że się czymś zamartwia. Ona natomiast miała twarz schowaną w kolana i po cichu szlochała. Nie wiedziałam co o tym myśleć, że mnie zabrali i teraz tu siedzę. Nie znałam ich, ale pewnie jak to bandziory wymyślą coś, co się w głowie nie mieści. Wstała. nie miałam żadnego zamiaru, ale nade mną było okno, wspięłam się i czekało mnie tam rozczarowanie. Były w nim kraty. 
- Kurwa - przeklęłam pod nosem. Zeszłam z tego jakby parapetu. Trochę się porozglądałam. Nie widziałam żadnej szansy ucieczki z tam tego miejsca.
- Nie ma stąd żadnej ucieczki - odezwał się nieznajomy. - A robią takie rzeczy, albo tobie karzą je robić, że wolałabyś umrzeć - po chwili dodał, a ja popatrzyłam się tylko na niego. Złapałam się za głowę.
- Jak sobie pomyślę, co robią, to mam ochotę ich pozabijać - powiedziałam. 
- Dla każdego wymyślają coś innego, ale zawsze jest to brutalne. Hmm... brutalne to mało powiedziane.
- Kurwa, ja to zawsze muszę się wpieprzyć w jakieś gówno, które strasznie śmierdzi - powiedziawszy to, podeszłam pod brudną kamienną ścianę i usiadłam. Wzdychnęłam ciężko. Popatrzyłam w tam tym momencie przed siebie. Siedziałam tak przez dłuższy czas. W końcu przyszli po mnie jacyś umięśnieni faceci. Otworzyli kraty, wzięli mnie jak psa i przygwoździli do ściany, a potem skuli. Szliśmy przez korytarz, potem do windy. To była winda towarowa. W ogóle, to był budynek po jakiejś fabryce. Wjechaliśmy, chyba, na drugie piętro. Wychodząc z tej windy, wkroczyliśmy w w tunel z zwykłej siatki ogrodzeniowej, a potem, dosłownie, rzucili mnie w kąt tak jakby klatki. 
Wyglądało to jak ring, do nielegalnych walk. zaraz przyprowadzili kogoś. jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam kto to jest. Powoli wstając odczułam ból w prawej ręce, gdyż na nią upadłam, gdy tamten mnie rzucił. zrobiłam krok lewą nogą, zaraz lekko ją uginając w kolanie, zaraz prostując i nachylając się, przymróżyłam oczy i popatrzyłam na niego, akurat ujawnił trochę swojej twarzy. 
- Pan Han? - spytałam trochę niepewnie. On tylko podniósł powoli głowę i zaraz staną na nogi. Widać, że on też był zdziwiony.
- Agnes? - spytał z niedowierzaniem - Co ty tutaj robisz? 
- Jak zwykle chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze, a pan?
- Na mnie się mszczą.
- Nieciekawie.
- No. Tym bardziej teraz, kiedy będą kazać nam walczyć. 
- Co? Ja nie będę z panem walczyć. W końcu to dzięki panu umiem się bronić - powiedziałam stojąc jak na baczność na przeciw niego - Normalnie spytałabym pana, co u pana słychać, ale w tym momencie, kombinuję jak z tond zwiać. 
- Nie da się - staną na przeciwko mnie i popatrzył smutnymi oczami. 
- Jak to się nie da, zawsze się da, trzeba tylko pomyśleć - powiedziałam rozglądając się. 
- Widzę, że się znacie i nie muszę was przedstawiać - usłyszeliśmy głos, jakby z nikąd. Dopiero wtedy zauważyliśmy, że wokół jest pełno ludzi. też bandziory - Jeżeli chcecie, żeby przeżyli - w tym momencie pojawił się obraz czterech postaci, jakiejś kobiety i dziecka, ujrzałam też Cassie i kto? Tak się zdziwiłam, stanęłam w bezruchu i szczęka mi opadła ile mogła, Ale nie miałam pewności, był straszny cień na tą postać. Usta mieli zaklejone taśmą. na szyi mieli sznurek, pod stopami stołki, które były przywiązane jednym sznurkiem - musi zostać jedno na ringu - kontynuował - ale wtedy też nie przeżyją wasi bliscy i przyjaciele. Więc jak chcecie, że by oni przeżyli, przeżyć musicie wy. Zaczynamy walkę! - zakończył swoje przemówienie. 
- W skrócie mówiąc, to muszę cię pokonać, żeby moi bliscy przeżyli, ale twoi zginą? 
- Tak - powiedział ze smutkiem pan Han.
- Chore, to jest chore. to jest po prostu kurwa chore. 


Aleee ja wymyślam... Ech
Ale nie musieliście chociaż czekać :)

piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 48.

Spałam jak zabita. Nic nie słyszałam. Musiałam być nieźle zmęczona. Okazało się, że Lili nocowała, a Richard spał na kanapie w salonie. Razem zrobiliśmy śniadanie, a po jego zjedzeniu poszłam do siebie. Akurat zadzwoniła Cassie. Była zdenerwowana i jakby uciekała. Mówiła zdyszanym głosem. Powiedziała żebym uważała na siebie, bo Peter coś knuję, a właściwie uknuł i może realizować swój plan. Mimo wszystko, trochę się przestraszyłam. Do południa siedziałam cicho w swoim pokoju, obejrzałam film ze słuchawkami na uszach, potem przeglądałam internet słuchając muzyki. Kiedy już nie miałam co robić, wyszłam ze swojego pokoju, akurat Lili wyszła.Podszedł do mnie Richard, popatrzył się na mnie swoim wzrokiem prosto w moje niebieskie oczy. Wzrok jego był jakby z pretensjami. 
-Znowu się biłaś... - powiedział, gdyż ostatnio często wdawałam się w bójki.
- Nie mów jak moi rodzice, kiedy byłam mała. Tak biłam się, ale musiałam. 
- A to niby dlaczego? 
- A co miałam pozwoli, żeby jakiś debil pobił swoją dziewczynę do nieprzytomności? - powiedziałam, idąc w kierunku kuchni. 
- Jak zwykle musisz się wtrącać w nie swoje sprawy - powiedział lekko z poczuciem humoru. 
- No cóż, taka już jestem, nieprawdaż piesku? - zwróciłam się do stojącego obok mnie Rex'a, a on radośnie szczekną. Będąc w kuchni jeszcze bardziej poczułam się głodna i postanowiłam zrobić sobie kanapkę. Potem nie wiedząc co ze sobą mam zrobić, wyszłam na spacer, oczywiście do parku i oczywiście był tam Sam. Uhh... Chodząc sobie wśród uliczek rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu. To była Cassie. 
- Możemy się spotkać? - spytała, mówiąc do słuchawki. 
- Jasne. Gdzie? 
- Na ulicy WallStraße, za piętnaście minut. 
- Ok, już idę. - i ruszyłam w tamtą stronę. Długo nie szłam. Byłam pierwsza, bo Cassie jeszcze nie było.trochę poczekałam, gdy nagle poczułam ostry ból w okolicach karku, po chwili straciłam przytomność.
Obudziłam się ... No właśnie sama nie wiem gdzie. Leżę na jakimś łóżku. Ono było stare, ale to był piękny mebel, tylko nie zadbany. Ręce miałam skute w kajdany, przymocowane do oparcia łóżka. Musiałam tam leżeć długi czas, bo miałam już otarcia na nadgarstkach. Nie wiedziałam o co chodzi, temu co mnie porwał. Ale przypomniało mi się, że miałam spotkać się z Cassie, a ta ostrzegałam mnie przed jej facetem. Pomyślałam, że to właśnie on. Okazało się, ze dobrze się domyślałam. To Peter za tym stał. Przyszedł do pokoju opuszczonego domu, gdzie byłam ja. 
- Oo, nasza Matka Teresa, obrończyni uciśnionych. Niestety, ciebie już nikt nie uratuje. Dzisiaj jedziemy w pewne miejsce. Ale reszta będzie nieprzyjemna - powiedział wrednie, a ja popatrzyłam się na niego złowrogim wzrokiem, a kiedy wychodził, popatrzyłam się tym samym wzrokiem, kiedy odwrócił głowę w moją stronę. 
Następnego dnia przyszli do mnie zawiązali oczy jakąś szmatą odkuli od łóżka, ale i tak ponownie skuli moje ręce. zaprowadzili mnie do jakiegoś auta, ruszyliśmy. Podczas drogi gadali po rusku, więc mało co zrozumiałam. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zaprowadzili mnie do jakiejś celi, zrobionej ze zwykłej siatki ogrodniczej. rozkuli i rzucili jak psa, w wyniku czego uderzyłam całkiem mocno o mur. Trochę mnie "zatkało", przez jakiś czas nie mogłam wziąć  oddechu, osunęłam się i po chwili siedziałam na ziemi. Tak na ziemi, bo to były jakieś podziemia, bez wylanej posadzki. W końcu mogłam wziąć oddech, ale było mi ciężko go wziąć i był powolny. Za jakiś czas dopiero normalnie oddychałam. I dopiero w tamtym momencie zobaczyłam, że ktoś w sąsiedniej celi jest.


No i jest. W końcu !!! 
Wiem, wiem. Ostatni był wieki temu, jeju chyba gdzieś w marcu...
Czekam na opinie i jeżeli nie możecie ogarnąć co dzieję się w rozdziale, doradzam, aby przeczytać poprzedni rozdział ;)
Zapraszam jeszcze na dwa moje blogi :

http://the-catalyst-lift-me-up-let-me-go.blogspot.com/
http://fani-linkin-park-i-nie-tylko.blogspot.com/ 

Pozdrawiam, 
Agnes