niedziela, 19 lutego 2017

Rozdział 89.

     - Czekaj! Masz rację. Poza tym, chyba nie pójdziesz tam sama. - powiedział, będący już za moimi plecami Gerkhan. 
     - Dużo podobnych rzeczy robiłam sama. - burknęłam.
     - Tak inaczej, jestem policjantem. - rzekł. - Za biurkiem raczej nic nie załatwię.
     - Skoro ma pan zmienioną opinię, to chyba czas się pośpieszyć, bo nic z tego nie wyjdzie. - rzuciłam, wsiadając do Volkswagena. Nawet nie czekając, od razu ruszyłam.
     Jadąc, ogarniałam miejsce, gdzie mają następne spotkanie. Próbowałam przypomnieć sobie to, co było na zdjęciu ich planów. Sukcesywnie udało mi się nawet dogonić pojazdy handlarzy, było to prawie pod samym miejscem ich spotkania z kolejnym kupce. Była to kolejna jakaś opuszczona hala. 
    Zaparkowałam niedaleko, w bezpiecznej odległości. Po wyjściu z samochodu miałam kierować się do budynku, ale za sobą usłyszałam jadące auto, z którego wysiadł Gerkhan. Zastanawiałam się przez moment, jakim cudem on z takim lepszym samochodem był później ode mnie. Za chwilę pojawiło się kolejne auto, z którego wysiadł wysoki kolega Gerkhana. 
     - Chyba nie chcecie wejść tam bez broni. - rzekła, przekazując nam pistolety. Nie do końca wiedziałam, jakim cudem wiedział, że tutaj będzie Gerkhan, bo przecież nie miało być żadnej akcji i że nie mamy broni, ale tłumaczyłam sobie to tak, że jeden z drugim się skontaktowali. 
     - Dziękuję. - powiedziałam chyba najszczerzej w swoim życiu, gdy brałam dla siebie broń i dodatkową amunicję. On tylko się  na mnie popatrzył. - A teraz chodźmy, bo nam zwieją. 
     Weszliśmy po ciuchy do budynku. Musieliśmy wejść dziwnym wejściem, prowadzący do jakby balkonu tej hali. Postanowiłam nagrać jeszcze jeden film. Stwierdziłam, że lepiej dmuchać na zimno. Gdy podczas nagrywania filmu widziałam, jak oglądają moją przyjaciółkę jak "towar", myślałam, że moje nerwy przyjmą ludzką postać, staną obok i może nawet pójdą tamtych pozabijać. Skończyłam rejestrować, gdy tamci powoli zbierali się bo udanej transakcji. To był czas na działania. 
     Załadowałam broń. Zakradłam się, aby zejść z tego jakby balkonu, ukryłam się za paletą z jakimś czymś. Gdy chcieli załadować dziewczyny do transportowców, oddałam strzał. Byli zdezorientowani. Nie widzieli mnie, jeszcze, chowałam się. Oddałam kolejny strzał, tym razem raniąc jednego z nich. Pewna siebie, ostrożnie pobiegłam i schowałam się za inną paletą z jakimś ładunkiem, która była trochę dalej od poprzedniej. Chciałam zbliżyć się do tamtych. Za moimi plecami gwizdnęły naboje. Odetchnęłam z ulgą, że mnie nie trafił żaden z nich. Lekko się wychyliłam, strzał. Od razy schowałam się z powrotem. Znowu się wychyliłam, teraz to ja strzeliłam. Pojawiły się strzały z broni policjantów gdzieś za mną. Rozpoczęła się strzelanina. 
     Odważnie, chyba aż za bardzo odważnie, wychylałam się i strzelałam oraz biegłam i chowałam się za kolejnymi paletami, czy podobnymi rzeczami, które były ustawione tak jakby w niedbały krąg, gdzie po jego środku odbyło się spotkanie handlarzy z klientem. Za każdym razem, gdy przebiegałam, by potem schować się za czymś większym od siebie, oddawałam dwa strzały. takim sposobem coraz bliżej byłam tych bandziorów. W pewnym momencie zauważyłam, że to jeden z pachołków, który najprawdopodobniej odpowiedzialny był, aby wszystkie dziewczyny wróciły z powrotem do furgonetek, szarpał moją przyjaciółkę. Nie mogłam do końca stwierdzić, co się ze mną stało, ale opanowała mnie pewnego rodzaju furia. Nie patrząc na to, że wszędzie świstały kule, biegłam w stronę Belli i tego sukinsyna. Po drodze oddałam jakieś strzały. uderzyłam kolesia łokciem ze skoku prosto w potylicę. Zakręciło mi się trochę w głowie, więc olałam go pięściami po mordzie, a na koniec uderzając z całej siły kolanem w żuchwę. Upadał. 
     Zaatakował mnie inny, bez broni. myślał, że uda mi się mnie dusić, ale się mylił. Z całej siły uderzyłam go rękojeścią trzymanego przeze mnie pistoletu, w którym chyba brakowało już pocisków. Uwalniając się z uścisku tamtego, od razu go kopnęłam w brzuch, a potem zamachnęłam się i dostał w twarz. 
     Chyba nigdy nie było we mnie tyle agresji. Przeładowałam broń ostatnim magazynkiem. W tle coraz rzadziej słychać było strzały. Stałam chyba na środku, byłam łatwym celem. Puki co jednak to ja załatwiła, jeszcze ze dwóch. Szybko to się zmieniło. W końcu dostałam kulkę w ramię. 
     W pewnym momencie mając przeczucie, odwróciłam się. Stał tam szef handlarzy. trzymał pistolet przy głowie mojej przyjaciółki. Znalazł na mnie haczyk. Niezwłocznie wyciągnęłam w tamtą stronę broń. Nie wiedziałam co się ma wydarzyć. Cisza. Nawet strzały nie padały. Nikt nic nie mówił. Usłyszałam i kątem oka zobaczyłam dwóch policjantów, którzy przyszli z innej części hali i patrzyli się na rozwój wydarzeń. Ja trzymałam wzrok w stronę Belli i tego, co groził jej śmiercią. 
     Przez chwilę przeszła mi myśl, aby lekkim postrzałem ramienia mojej przyjaciółki, zabić tego skurwiela. Odrzuciłam ten pomysł. na chwilę. Przecież nie mogłam strzelić do własnej przyjaciółki. Zaś Bella, patrząc się na mnie, i między innymi też na to, że mierze właśnie w jej ramię za każdym razem, gdy ta myśl powracała, ona kiwała głową, chciała abym to zrobiła. Wiedziała, że jest na tyle niska od tego kolesia, że gdy bym ją lekko postrzeliła, tamten by bardziej ucierpiał. Myśli mi się kłębiły. Przecież jeden mały ruch nieuwagi i mogłabym ciężko ranić, a nawet zabić swoją jedyną, najlepszą przyjaciółkę. Bella nadal kiwała głową, bym to zrobiła, a wzrokiem wręcz nalegała. Wiedziałam, że jest silna, ale nie wiedziałam, jak przyjmie postrzał, czy to nie uszkodziłoby jej czegoś. Jej wzrok wręcz krzyczał "zrób to!". Gdy tamten zaczynał coraz bardziej przyciskać lufę pistoletu do głowy Belli, która lekko, na tyle ile mogła kiwała głową, dając mi znak. Strzeliłam. Ona tylko lekko krzyknęła z bólu, on upadł otrzymując poważniejszą ranę. 
     W pewnym momencie odbyły się dwa kolejne strzały. 
     Rozejrzałam się. Poczułam, że te dwa strzały skierowane były w moją stronę, raniąc brzuch i okolice serca. Upadłam na kolana, a następnie na betonową posadzkę. Powoli traciłam przytomność. gdzieś w szumie słyszałam krzyki, głos mojej przyjaciółki. Wkrótce oczy mi się zamknęły.
     Otworzyłam mocno zaciśnięte powieki. Nie wiedziałam, czy umarłam, czy nie, ale gdy zobaczyłam Bellę w drugiej karetce na przeciwko, zignorowałam wszystko, ból, podłończone jakieś kroplówki, które wyrwałam i zaczęłam iść jak najszybciej potrafiłam. Kulałam, a ranną rękę miałam obwiniętą w bandażu podobnie jakbym miała ją złamaną. Ona też zaczęła biec, rzecz jasna szybciej. Obie zamknęłyśmy się w uścisku. Wszyscy patrzyli, policjanci, lekarze, antyterroryści którzy przybyli. Byłam szczęśliwa, że jej się nic poważnego nie stało.


niedziela, 12 lutego 2017

Rozdział 88.

     Czekałam z niecierpliwością na dwóch policjantów. Chciałam już wiedzieć, czy mają pozwolenie na akcje, czy nie. Siedziałam jak na szpilkach. W pewnym momencie wstałam i zaczęłam chodzić po pomieszczeniu. Pewnie dużo osób wkurzałam i rozpraszałam w pracy, ale mało mnie to obchodziło. W końcu przyszli. Stanęłam w miejscu i wbiłam w nich swój wzrok.
     - Nie ma pozwolenia na akcję, za mało dowodów. - powiedział od razu Gerkhan, jakby ze zrezygnowaniem.
     Ogarnęłam mnie wściekłość. Podążyłam wzrokiem za idącymi do swojego biura policjantami, z szokowaną miną. Kontynuowałam swoje chodzenie z nerwów. Byłam tak zdenerwowana, że nawet zapomniałam o swoich wcześniejszych postanowieniach. Wyszłam z budynku, zaczerpnąć powietrza. Rozejrzałam się. Po mojej prawej stronie były zaparkowane auta policyjne i radiowozy. Patrząc w tamtą stronę przez chwilę, wpadłam na pomysł. oczywiście myśl, że muszę tam pojechać, powróciła. 
     Ruszyłam w swój nerwowy spacer. Oczywiście tym razem trochę udawany. Dyskretnie patrzyłam, czy jakiś nieuważny policjant nie zostawił kluczyków w aucie albo otworzonych drzwi. Zastanawiałam się, czy ja mam takie szczęście i los mi sprzyja, czy może policjanci tutaj są jacyś nieogarnięcie, gdy zobaczyłam, że w jednym z aut, na szczęście nie był to radiowóz, pozostawione były kluczyki. Szybko do niego wsiadłam, zapaliłam i ruszyłam. Może nie był to ani BMW, ani Mercedes, ani tym bardziej Porsche, tylko zwykły Volkswagen i to do tego nie za nowy, ale jeździł całkiem dobrze. Przed odjazdem widziałam, że za oknem posterunku nastało zamieszanie i Gerkhan ze swoim kolegą chcieli mnie zatrzymać, a przez otwarte okno krzyknął, żebym nie robiła głupstw, ale zignorowałam to. 
     Pędziłam na pełnych obrotach. W duchu miałam nadzieję, że nic się nie rozleci w tym aucie, nie wiedziałam przecież w jakim jest stanie technicznym. Robiło mi się coraz mniej czasu. Aby zdążyć cokolwiek zarejestrować jako ten zasrany dowód, nie mogłam zwolnić.
     Ostatecznie trafiłam na miejsce. Piaszczyste miejsce budowy, gdzie ktoś jakby zaczął coś robić przy tej opuszczonej fabryce. Sama fabryka nie była za duża, bo jakby część wyburzono. Została duża hala, gdzie właśnie odbywało się spotkanie handlarzy ze swoimi kupcami. Zaparkowałam w bezpiecznej odległości, z a krzakami, po cichu zakradłam się do dużego wybitego okna hali. Wyjęłam telefon i zaczęłam nagrywać film. Wszystko pięknie się filmowało. Jak "kupcy" wybierają "towar" w postaci dziewczyn, jak przekazują fałszywe paszporty, jak jeden drugiemu pokazuje walizkę z pieniędzmi. 
     Niespodziewanie ktoś zaszedł mnie od tyłu. Myślałam, że to oni mnie nakryli, ale jak się okazało, ku mojemu zaskoczeniu, był to niejaki policjant o nazwisku Gerkhan.
     - Co ty tu robisz? - spytał się mnie z nadzwyczajną furią. Stwierdziłam, że to przez rozwód, o którym niegdyś usłyszałam będąc na posterunku.
     - Załatwiam te wasze dowody. - syknęłam.
     - Przez to, że uciekłaś, dostałem opieprz od szefowej i w dodatku mnie zawiesiła. - rzucił, jakbym ja była winna, że pewnie się zdenerwował na swoją szefową o powiedział parę słów za dużo.
     - To chyba nie moja wina, że nie umie pan trzymać nerwów na wodzy. I co? Miałabym pozwolić, tak po prostu dać im za wygraną? Przed chwilą o mały włos nie sprzedali mojej przyjaciółki!
     - Od tego jest policja!
     Mężczyzna nadal był aż za bardzo wściekły.
     - Właśnie widzę. - powiedziałam, patrząc się na niego. 
     Popatrzył się na mnie krzywym wzrokiem.
     - Przez takie zachowanie mogłaś wystraszyć tych handlarzy. Oni pozmienialiby siedziby, numery, tablice rejestracyjne i w ogóle nie znaleźlibyśmy ich potem! - powiedział z takim wyrzutem, jakbym któregoś z tamtych zabiła. 
     - Taa, siedząc na posterunku, na pewno znajdą się dowody. Mam wrażenie, że wyżywa się pan na mnie, ze względu na sprawy osobiste, chociaż pan o tym nie wie... - wyrzuciłam, widząc dalsze nadzwyczajne i dziwne oskarżenia, padające z ust policjanta. 
     - Co? Mojego życia prywatnego już prawie nie ma!
     - I właśnie dlatego jest pan aż za nadto poddenerwowany. W takiej sytuacji bierze się nawet krótki urlop, żeby na przykład nie zostać zawieszonym. 
     - Wcale nie potrzebuję urlopu...
     - Czyżby?
     - Tak.
     - Nie powiedziałabym...
     Powiedziałam, a w tym czasie handlarze pośpiesznie opuszczali swoje miejsce pobytu, praktycznie za plecami Gerkhana.
     - Dobra nie ma co. Zaraz mi zwieją, ale panu radziłabym wziąć się w końcu w garść.Wygląda pan nie ciekawie. Skoro rozwód tak pana rozwala, to ja bym nie chciała widzieć pana w stanie, gdy ktoś by zmarł. Chyba trzeba wziąć się w garść.
     Przy ostatnich słowach pośpiesznie zaczęłam kierować się w stronę samochodu, którym tu przyjechałam.

niedziela, 5 lutego 2017

Rozdział 87.

     Idąc korytarzem posterunku z którego niedawno uciekłam, tym razem nie mając założonych kajdanek na nadgarstki. Myliłam się co do tego, że znowu będą chcieli mnie w nie zakuć. Z tego powodu inni policjanci dziwnie się na mnie patrzyli.
     Okazało się również, że tamci dwaj policjanci ścigają tych samych przestępców, co porwali Bellę i przypomnieli sobie, że ja niegdyś wspominałam, że wiem gdzie są i że mam ich plany.
     Jadnak najpierw popytali mnie, dlaczego ja tak w ogóle ścigam tych handlarzy ludzi, którymi byli tamci. Wyjaśniłam im więc, całą sytuację, że próbuję ratować przyjaciółkę (co za bardzo mi nie wychodzi). Po minie tego niskiego, który najprawdopodobniej nosił nazwisko Gerkhan, wywnioskowałam, że chyba było mu trochę głupio, bo mimo, że nie należę do policji, to jednak przeszkodził mi w tym, co robię. W końcu chcieli by pokazać im plany. Zrobiłam to, mając nadzieję, że w końcu będziemy mogli sobie pomóc. 
     Niestety, myliłam się, na tamtą chwilę.
     -No, to pod najbliższą datą mają zjawić się w starej fabryce, nawet całkiem niedaleko stąd. Trzeba będzie tam pojechać. - powiedziałam patrząc się na duży ekran z wyświetlonym zdjęciem planów przestępców, w zamyśleniu. Zaczęłam myśleć nad swoim planem. 
     - Zobaczymy. Musimy mieć zezwolenie na akcję, ale na to trzeba dowodów, których praktycznie nie mamy. - odezwał się wysoki policjant. 
     - To musicie to załatwić, macie dwa dni. - powiedziałam, ledwo trzymając nerwy na wodzy. 
     - I tak zrobimy, ale bez pozwolenia nie będziemy mogli tam pojechać. - rzekł tym razem niejaki Gerkhan. 
     - Zawsze można powiedzieć, że ta akcja będzie żeby uzyskać dowody. - powiedziałam jeszcze w miarę spokojnym tonem. 
     - Dobry pomysł, ale jak nie będziemy mieć pozwolenia nawet na to, to nici z jakiejkolwiek akcji. - znów odezwał się Gerkhan, jakby zrezygnowanym tonem. 
     Policjanci wyszli z pomieszczenia, a ja nadal patrzyłam się na plany bandziorów. Chciałam je zapamiętać w razie czego. Próbowałam również wymyślić plan, gdy nie będzie pozwolenie na akcję policyjną. Miałam nadzieję, że jednak będzie akcja policyjna i w końcu uda mi się wyciągnąć z tego gówna moją przyjaciółkę.
     Postanowiłam, że gdy nadejdzie dzień spotkania najprawdopodobniej klientami tych, co ścigam, z pozwoleniem i policją czy bez i tak tam pojadę. Chociażby nazbierać dowodów, których tak bardzo potrzebują.
     Stwierdziłam, że potrzebny jest mi odpoczynek. Miałam trochę czasu, przecież na razie nie mogłam nic zrobić w sprawie Belli. W pomieszczeniu w którym byłam, była mała kanapa. Położyłam się na nią. Nie do końca pomieściła moje nogi, dlatego pod kolanami miałam podłokietnik. Po głębokich zamyśleniach, usnęłam.
     Obudziłam się obolała. Wcześniejsze bicie podczas "przesłuchania", gdy tamci mnie zgarnęli, a dokładnie sińce i obolałe ciało, dało się we znaki. Wcześniej dużo się ruszałam, więc mniej odczuwałam ból. Ledwie co usiadłam z pozycji leżącej. W pomieszczeniu było duszno. Wyszłam z niego. Nie było większej zmiany. Była pora letnia, więc musiała prawo być duszno. Usiadłam na krześle, na tym samym, co wcześniej, kiedy trafiłam tu za pierwszym razem.
     Wkrótce było mi tak gorąco, że postanowiłam w końcu zdjęć bluzę. Nie chciałam tego robić. Po co niby mieli patrzeć się na moje obsiniaczone ciało? Ciężko było mi zdjąć ubranie, bo za każdym ruchem ręki, wszystkie połączone z nią mięśnie odzywały się bólem. Powoli i delikatnie zsunęłam jeden rękaw z trudem, a następnie drugi. I miałam rację co do tego, że będą się na mnie gapić. Patrzyli się na mnie, jakby trupa czy coś zobaczyli. Kątem oka zobaczyłam, że nawet wysoki policjant, partner Gerkhana, który niedawno zjawił się na posterunku, też za bardzo się zapatrzył. Jakby nie widział pobitej kobiety...
     Chciałam, aby nadszedł już ten dzień. Chciałam, żeby Bella już nie była w rękach tych skurwysynów, a oni żeby zapłacili za swoje siedząc w pierdle. Chociaż jak dla mnie to i tak za niska kara, jak na ludzi, którzy bawią się w Boga i niby panują panować nad ludzkim życiem.
     Czekanie i nic nie robienie było katurgą...

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Rozdział 86.

     Jechaliśmy. Nikt nie wiedział gdzie. Po tym, jak Bella przekazała mi telefon, myślałam nad ucieczką. 
     Podczas, gdy mi nie przychodziło nic do głowy, jedna z dziewczyn źle się poczuła. Nie do końca wiedziałam, co jej dolega, ale wyglądała, jakby zaraz miała się udusić, jednocześnie skręcając się z bólu. 
     - Ej! Ty! Nie udawaj! - krzyknął ten, co nas pilnował. - Przestań, bo zaraz cię wyrzucę. - kontynuował, widząc, że dziewczyna się go nie słucha.
     - A może jednak zatrzymasz samochód i zobaczysz co jej jest? - powiedziałam do niego. Wiedziałam, ze żadna dziewczyna się nie odezwie. Wszystkie się bardzo bały.
     - A ty co? Chcesz bardziej dostać? spytał z sarkazmem, wiedząc, że wcześniej nieźle dostałam i nadal było widać choćby siniaki i strupy po zaschniętych ranach.
     - Może ty chcesz dostać w mordę od dziewczyny? - rzuciłam.
     - A co ktoś taki jak ty może mi zrobić? - spytał sarkastycznie, kierując się w moją stronę. Niewiele myśląc wstałam.  Stanęłam oko w oko z tamtym kolesiem. 
     Nie patyczkował się. Od razu uderzył mnie pięścią w brzuch. Myślał, że sprawę ze mną ma z głowy, z racji tego, że zwinęłam się z bólu, a przy okazji pokazał swoją, niby, męskość. Aby się odwrócił, ja jeszcze z bolącym brzuchem zamachnęłam się i uderzyłam go prawym łokciem w szyję. Był oszołomiony, więc skorzystałam z tego i uderzyłam go lewą pięścią w twarz, a następnie odkręciłam się, aby stać na przeciwko niego i uderzyłam kolanem w brzuch. On jednak też znalazł trochę sił i z całej siły uderzył z pięści, aż mnie odrzuciło. gdy w końcu postawiłam się do pionu, od razu musiałam się schylić robiąc w ten sposób unik. Wracając po raz kolejny do pionu, od razu uderzyłam go pięścią w twarz, ale gdy chciałam zrobić to samo drugą ręką, to on zrobił unik i mechanicznie uderzył w brzuch. Ja kopnęłam go w kostkę, licząc na to, że choć trochę odwróci jego uwagę, lecz nic z tego nie wyszło. Kopnęłam go drugi raz, a potem nadepnęłam jak najmocniej na jego stopę. Na szczęście trochę podziałało, miałam szansę go kopnąć jak zamierzałam i udało mi się to.
     Zabrałam skulonemu z bólu pistolet, a następnie strzeliłam do zamka zamkniętych drzwi samochodu, które od razu się otworzyły. Podeszłam bliżej, aby ocenić sytuacje, co dalej mogłabym zrobić. Samochód był całkiem dobrze rozpędzony, w końcu jechaliśmy po autostradzie. Nie mogłam skoczyć, przecież bym się zabiła. Za długo to ja nie pomyślałam, bo tamten pociągnął mnie za ubranie, bym przypadkiem nie zwiała. Pociągną mnie na tyle mocno, że znalazłam się na podłodze, a zarazem moja głowa była na jej krawędzi. Byłam oszołomiona, dlatego dostałam z jednej strony twarzy, następnie również z drugiej, cios z pięści. Następnie odepchnęłam go , mocno kopiąc w brzuch. Wstałam. Od razu dostałam tym razem ja w brzuch. Odwdzięczyłam się i uderzyłam go w mordę dwa razy. Ponowił uderzenie w brzuch. Kopnęłam go w nogę, a potem kolanem w brzuch. Nagle mocno mnie złapał, zaczęliśmy się szarpać, a że byliśmy coraz bliżej krawędzi otwartych drzwi, niespodziewanie wypadliśmy. Na moje szczęście to on miał bezpośredni kontakt z asfaltem, ja natomiast wylądowałam na jego ciele, co nie obyło się bez bólu. Pod wpływem szybkości samochodu, poturlaliśmy się parę razy, co skutkowało, że jeszcze bardziej odczuwałam ból. Mimo, że mnie zatkało, po chwili wstałam i biegłam desperacko wrzeszcząc jak w jakimś tanim dramacie. 
     - Wrócę po was!
     Wkrótce przestałam biec. Ból stał się bardziej wyraźny, narastał jeszcze bardziej, aż odkręciłam się w drugą stronę, kuląc się. Mignęły mi się dwie postacie. Nie zwracałam na nie uwagi. Przez ból nawet wzrok miałam nieostry, ale gdy chwile odczekałam, ujrzałam znajomą twarz policjanta, niejakiego Gerkhana, który wcześniej zakuł mnie w kajdanki, oraz jego wyższy i młodszy kolega. 
     - No kurwa... - powiedziałam do siebie, powoli wstając. Mogłam się spodziewać tego, że znowu mnie zakują w kajdanki i będę musiała siedzieć na posterunku. 

niedziela, 29 stycznia 2017

Rozdział 85.

     Gdy otworzyłam oczy znajdowałam się w ciemnym obskurnym, gdzie była pleśń, czuć było stęchliznę i wilgoć, a gdzieniegdzie kapała i stała woda. Jeszcze szczurów i karaluchów brakowało. Chociaż, kto wie, może się gdzieś ukrywają. Dopiero po rozmyśleniach o tym pomieszczeniu i szczurach, ogarnęłam, że tym czymś, co imitowało jakiekolwiek pomieszczenie, były inne dziewczyny, również Bella. Moja przyjaciółka aby gdy zauważyła, że jestem przytomna od razu się przysunęła do mnie, bo była całkiem niedaleko. 
     - Jak to dobrze, że się ocknęłaś. - powiedziała moja przyjaciółka. - Byli niedawno tu ci, co nas porwali i mówili, że jak się ockniesz, to zaczną cie przesłuchiwać, czy coś. Chciałam ci to powiedzieć zanim przyjdą po ciebie.
     - Dobra. Dobrze, że mi o tym powiedziałaś. Masz tu telefon. Jakby coś to się nie znamy. Przy najbliższej okazji znowu spróbuję uciec i wam wszystkim pomóc. Tylko nie tak jak ostatnio...
     No i przyszli po mnie.
    Zabrali do pomieszczenia, również obskurnego. Jedynie woda nie stała, było lepiej oświetlone, a na środku, na przeciwko drzwi, którymi mnie wprowadzono, stało biurko. Przy owym biurku siedział sobie facet w garniaku, mający założone nogi na krawędzi mebla. Jednak widząc, ze mnie wprowadzają, zdjął je. Jego pachołki pchnęły mnie w jego kierunku. 
     - Ooo, widzę, że się obudziłaś. Noo! To mamy do pogadania. Od dłuższego czasu deptałaś nam po piętach i ja chcę, ba! nawet muszę, wiedzieć dlaczego. - powiedział powoli, ciągiem. W trakcie wymawiania swoich słów, gestem ręki kazał swoim pachołkom posadzić mnie na krześle. oczywiście z mojej strony usłyszał jedynie ciszę. - Widzę, że mało rozmowna jesteś. Więc spytam jeszcze raz, dlaczego węszysz?! - po raz kolejny usłyszał z mojej strony ciszę. Zobaczył tylko moją groźną minę. Tamten zaś jakby zagotował się ze wściekłości. -  Gadaj! Dlaczego węszysz! I dla kogo! - nie usłyszał ode mnie odpowiedzi. Wstał, pokierował się do wyjścia, rzucając ostatnie słowa do swoich ludzi. - Wiecie co robić. Postarajcie się, by coś powiedziała. Musze wiedzieć, czy coś nie siedzi mi na ogonie.
     Nie wiedziałam, co będzie dalej, ale szybko się przekonałam. Tamci dwaj wzięli mnie mocna za nadgarstki, że chyba aż krew mi nie dochodziła, zakuli w grube, szerokie kajdany i pociągnęli przyczepiony do nich łańcuch do góry tak, że praktycznie wisiałam. Ból przeszedł mi od nadgarstek aż po całej długości rąk. No i zaczęli swoje przesłuchanie. Gdy oni pytali, a ja im nie odpowiedziałam, dostawałam cios. Najpierw były lekkie, ale z czasem stawały się mocniejsze. Wkrótce na pięści założyli kastety, a ostatecznie pięści zmienili na kij baseballowy. Zmiany dokonywali, gdy nie odpowiadałam na pytanie, które cały czas się powtarzało. Z racji tego, że milczałam działo się to szybciej, co skutkowało ty, że byłam mocno poobijana i wynieśli mnie stamtąd bezwładną, półprzytomną, ciągnąc moje ciało po posadzce, jakbym była jakimś przedmiotem. Ostatecznie wróciłam do pomieszczenie w którym byłam na samym początku, po odzyskaniu świadomości i gdzie była Bella, którą zobaczyłam, a potem zamknęłam na dłużej oczy.
     Otworzyłam oczy. jakoś czułam się trochę lepiej niż ostatnim razem, kiedy byłam przytomna. Wszystko mnie bolało za każdym razem, gdy chciałam się poruszyć. nawet ruch jednego palca u dłoni wywoływał ogromy ból. Z czasem gdy się więcej poruszałam, jakoś ból mimo że był, nie przeszkadzał mi aż tak, starałam się go po prostu ignorować. Zauważyłam, że miałam zmienione ubrania, z brudnych i zakrwawionych, na odrobinę czystsze. Z moich zamyśleń wyrwała mnie moja przyjaciółka. 
     - Jak się czujesz? - spytała z przejęciem Bella.
   - Obolała. Coś ważnego mnie ominęło? - odpowiedziałam i od razu spytałam z chrypą i niemocą w głosie. 
     - Za dwa dni mają nas stąd wywieść. 
     - Co? Gdzie?
     - Nikt nic nie wie. Wiadomo tylko tyle, że dojdzie do jakiejś transakcji. Znaczy sprzedadzą któreś dziewczyny. 
     - Jezu, dobra, yyy, masz ten mój telefon?
     - Tak, spokojnie. Nikt się nie skapną, że się znamy i że mam ten telefon.
   - Dobra jak będziemy gdzieś tam jechać, to w zamieszaniu mi go dasz. Nie wiadomo, co jeszcze ze mną będą robić. 
     - Spokojnie z tego co słyszałam, to byłaś na tyle długo nieprzytomna, że teraz nie mają czasu na ciebie i spróbują sprzedać też i ciebie. Cały czas są myśli, że nawet jak się ockniesz, to nie będziesz miała krzty sił, żeby coś zrobić.
     - A to skurwysyny... jeszcze się zdziwią.
     - Co zamierzasz?
   - Muszę im jakoś zwiać, przynajmniej znowu spróbować i wyciągnąć ciebie i resztę tych biednych dziewczyn.

sobota, 28 stycznia 2017

Rozdział 84.

     Wszyscy mnie bacznie obserwowali. Ja zaś miałam ich daleko w dupie. Rozejrzałam się po biurku, mając nadzieję, że będzie tam coś przydatnego. Moje usta zamieniły się w uśmiech, gdy zobaczyłam spinacz do papieru. Mając z tyłu ręce stwierdziłam, że nie będzie tak łatwo rozpiąć kajdanki. Postanowiłam coś zrobić. Chociaż spróbować. Wiedziałam, że łatwo nie będzie. Z krzesła usiadłam na podłodze. Z trudem realizowałam swój plan. Próbowałam skute ręce jakoś przenieść pod pośladkami. Gdy to robiłam, czułam mocny ból w nadgarstkach, jakby kajdanki wbijały mi się w skórę i chciały je oderwać. Cholernie bolało. Ta chwila ciągnęła się w nieskończoność. W decydującym momencie najbardziej bolało, ale po chwili poczułam niesamowitą ulgę, gdy się udało. Szczęśliwie mogłam dotknąć miejsce pod kolanami. Głowę oparłam na kolanach i czekałam, aż ból w ranie i w nadgarstkach choć trochę minie. Po nie dłuższym czasie przełożyłam jedną nogę, a potem drugą przez skute ręce. Szczęście mnie ogarnęło, kiedy się udało. Znowu przeczekałam ból i w końcu mogłam wziąć się za otwieranie kajdanek odpowiednio zgiętym drucikiem, zrobionym ze spinacza do papieru.  Po chwili wyczucia, w końcu mi się udało. Rana krwawiła coraz bardziej. Zdjęłam kurtkę, potem bluzę, a ranę polałam wodą ze specjalnego automatu. Ostatecznie mocno zawiązałam kawałkiem bluzy, który urwałam, aby krwawienie ustąpiło. Przez pewien czas czułam wyraźne pulsowanie krwi. Mając rękę cały czas wyprostowaną, czekałam w napięciu, aż krwawienie przejdzie. Oparłam głowę o dłoń i odetchnęłam z ulgą. Krwawieniu ustało.
     Następne większość czasu siedziałam, siedziałam i ... siedziałam. nikt z łaski swojej nie raczył się zająć moją sprawą. nikt nawet po dłuższym czasie nie zareagował na to, że wcześniej rozmawiałam przez telefon i na to, że rozkułam sobie kajdanki. Nawet nikt nie wezwał lekarza, widząc moją ranę postrzałową. Żadnej reakcji od nikogo, choć wszyscy gapili się na mnie, łącznie z wysokim policjantem pracującym z tym, co mnie tutaj przywiózł. "Co za urocze miejsce i ludzie", pomyślałam, próbując zrozumieć dlaczego do tej pory mnie nie spisano. Więc siedziałam dalej. W szczególności, że gdybym chciała stąd tak po prostu wyjść, nagle znalazła by się osoba, która zakułaby mnie znowu w kajdanki, a jeżeli udałoby mi się uciec, wysłaliby wszystkie radziowozy.
     Łaziłam po całym pomieszczeniu, wyglądałam przez okna, zaglądałam do monitorów policjantów. Nic nierobienie mnie dobijało, a niski glina, który mnie tu ściągną, nawet nie raczył się zainteresować moją osobą. Z tą myślą postanowiłam zajrzeć do biura jego i jego wyższego kolegi. Zauważyłam, i się zdziwiłam, gdy zobaczyłam na ekranach znane twarze przestępców, których ja ścigałam, by ratować Bellę. Obaj stali i medytowali patrząc na to zdjęcie.
     - Ooo, widzę, że wy też ich szukacie. A może chcecie ich plany? - odezwałam się. Oni tylko lekko odkręcili głowy w moją stronę, popatrzyli kątem oka i odwrócili wzrok z powrotem na ekrany i do swojej rozmowy. - Nie to nie - rzuciłam tylko, a tamci nawet nie zwrócili uwagi. Popatrzyłam się na nich z przymrużonymi oczami, pokręciłam lekko głową i z powrotem usiadłam na miejsce, które zajmowałam od początku pobytu w tym miejscu.
     Nie wiedząc, ile godzin upłynęło, zadzwonił mój telefon. Ponownie dzwonił Richard. Znudzona odebrałam telefon. Kiedy usłyszałam, co mi powiedział, to zamarłam,, a jednocześnie wkurzyłam, krzyknęłam tylko na cały głos i cały posterunek jedno słowo: "co!?", gdy usłyszałam, że Eva, moja siostra cioteczna została porwana. Po bardzo krótkiej, zakończonej rozmowie z Moserem, chodziłam i nie mogłam stanąć w miejscu. Tak mnie nosiło, że nie było szans abym siadła. Szukałam w głowie jakiejś opcji, żeby pojechać jak najszybciej w miejsce zamieszkania Evy. Mało tego, gdy będę uciekać, policjanci nagle mogliby się mną zainteresować. Głowiłam się co zrobić. W pewnym momencie zauważyłam, jak do biurka gliniarza, który mnie aresztował, wchodzi policjant i zostawia kluczyki do auta. Pokręciłam się po posterunku, również po owym biurze, i w pewnym momencie zawinęłam te kluczyli. Oczywiście wcześniej dyskretnie sprawdziłam, czy nikt nie patrzy, wszyscy byli zajęci. Kontynuowałam swoje chodzenie, tak aby każdy myślał, że nadal łażę po posterunku. Przechodząc koło wyjścia, szybko wybiegłam. Jak na złość przed wejściem do budynku minęłam się z policjantem, który złapał mnie na autostradzie, oraz jego wysokiego kolegę. Dlatego przyśpieszyłam, a w trakcie biegu przycisnęłam guzik na kluczyku i skierowałam się w stronę migających świateł otwierającego się samochodu. Szybko wsiadłam, odpaliłam silnik i z piskiem opon ruszyłam srebrnym BMW. A w lusterku zobaczyłam tylko biegnących za mną nijakich tamtych dwóch policjantów. 
     Dojechawszy na miejsce, na przeciw drogi wjazdowej do domu Evy, na poboczu jezdni stał bus policyjny. Zaparkowałam nie swoim autem właśnie za nim. Wysiadłam z auta i skierowałam się do domu Evy. Usłyszałam za sobą szmery, a gdy się odwróciłam, całkiem duża grupa mężczyzn zaczęła mnie otaczać. Jeden z nich zaszedł mnie od tyłu, swoją ręką zaczął trzymać za gardło, a drugą rękę wplótł w moje i wygiął do tyłu. Inny zaś przyłożył mi do ust i nosa materiał nasączony jakąś substancją. Próbowałam się szamotać, poniekąd mi się to udawało, lecz to było niewystarczające i wkrótce straciłam przytomność. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział 83.

     Dotarliśmy na miejsce. Po dość długiej drodze w końcu byliśmy u celu. Policjant zaparkował, zgasił silnik, wysiadł i otworzył mi drzwi. Wysiadłam. Moim oczom ukazał się wielki napis na budynku, "Autobahn". Od czasu do czasu miski mężczyzna trzymał mnie za ramie, które akurat bolało, abym przypadkiem nie uciekła. Weszliśmy do budynku. Od razu po wejściu było jedno duże pomieszczenie. Po bokach były rozmieszczone biurka policjantów. a środek robił za korytarz. Prowadził do dalszej części posterunku. Zaś pod jego koniec, gdzie robiło się coraz ciemniej, były dwa odgrodzone, osobne pomieszczenia. Po lewej stronie, w większym, znajdowała się kobieta, która siedząc przy biurku bacznie obserwowała policjanta, który mnie prowadził. Ten wzrok był dla mnie podejrzany. W drugim, mniejszym, również siedział przy biurku mężczyzna, mogłam się założyć, że o wiele wyższy od tego, który mnie pilnował. Nieoczekiwanie gliniarz znowu dotknął mnie i lekko (chociaż może nie do końca) pchnął w obolałe ramie. Dopadł mnie taki ból, że aż mnie zaćmiło i w pewnym momencie straciłam równowagę i upadłam. Nie wiem, co tamta kobieta sobie myślała, ale wyszła ze swojego pomieszczenia jak oparzona i zaczęła krzyczeć na niskiego policjanta. 
           - Co pan sobie wyobraża? Nie może pan tak traktować ludzi, a ostatnio podobne rzeczy, jeszcze gorsze wręcz panu się zdarzają! Proponowałam panu urlop, aby pan odpoczął, uporał się z problemami małżeńskimi, ale pan odmówił. Mam coraz więcej powodów, aby pana zwolnić! Nie zrobiłam tego wcześniej, ponieważ jest pan dobrym policjantem, dałam panu szansę! Jeszcze raz wydarzy się taka sytuacja, a naprawdę to zrobię! Niechętnie, ale będę musiała, bo... - podczas tych bardzo szybkich, wręcz błyskawicznych słów, chwilę pobyłam na podłodze, żeby przeminąć ból. Byłam lekceważona jakby mnie tam nie było, choć po części byłam tematem rozmowy... monologu, więc wstałam, a następnie próbowałam się wypowiedzieć, co naprawdę zaszło, lecz z pistoletem maszynowym nie miałam szans i nie wygrałam. Jedynie co udało mi się wypowiedzieć, to pojedyncze litery słów, którymi chciałam zacząć co raz to inne zdanie. I tak nawet tego nikt nie słyszał. 
           - Mój rozwód nie ma nic wspólnego z pracą. - powiedział ze spokojem i z żalem policjant, który zakuł mnie w kajdanki.
      - To bardzo ciekawe. Patrząc na to, jak pan się zachowuję, jakoś w to nie wierzę. - kontynuowała kobieta. Nie znałam jej, ale wydawała się być niezłą zołzą. Swoją drogą nie wiedziałam dlaczego, ale twarz tego policjanta wydawała mi się znajoma. Z mojego pałacu myśli wyrwał mnie ponowny krzyk kobiety. 
           - Jeszcze raz pan kogoś potraktuje, a będzie musiał się pan pożegnać z pracą tutaj.
Chwila moment, Człowiek miałby stracić pracę, bo ma problemy w małżeństwie? Wychwyciłam taki moment rozmowy i kwestię, którą wypowiadała kobieta. Zbulwersowało mnie to.
         - No przepraszam bardzo! - tym razem to ja krzyknęłam i przy okazji doszłam w końcu do głosu. Aż cały komisariat się na mnie popatrzył. - To, że ktoś akurat ma trudny okres w życiu, to nie jest powód, aby tego kogoś zwalniać z roboty! - ponownie krzyknęłam na facetkę, a tamta popatrzyła się na mnie ostrym wzrokiem. - A ja przewróciłam się z innego powodu.
       - Nie obchodzi mnie co było przyczyną pani upadku, ale ten funkcjonariusz policji już dawno powinien tu nie pracować. - zołza wypowiedziała się i wróciła do swego biura. Natomiast tamten policjant mega wściekły poszedł do swojego biura, gdzie siedział też ten inny policjant.
     - No świetnie, a ja? - powiedziałam, aby widziałam zerkanie niektórych policjantów. Rozejrzałam się. Za mną było wolne krzesło. Postanowiłam na nim usiąść, poczekać, aż łaskawie się ktoś mną zajmie. Nie chciałam uciekać. Nie potrzebne były mi dodatkowe kłopoty.
Siedziałam tam od dłuższego czasu. Cholera mnie brała. Nikt nie raczył mi nawet zdjąć kajdanek. Każdy był zajęty, albo takiego udawał. Dodatkowo było nieprzyjemnie i niekomfortowo i w ogóle nie wygodnie mieć ręce do tyłu jeszcze z kajdankami. Zadzwonił mi telefon. Nawet nikt mi go nie zabrał. Wyciągnęłam go jakimś cudem z trampka (tak z trampka, bo w takiej sytuacji jak ta, kiedy bandyci mnie pojmali, mogli mnie przeszukać i zabrać ten telefon), uprawiając przy tym zaawansowaną gimnastykę.Finalnie odebrałam i odpowiadałam na pytania Richarda, bo to on akurat postanowił się ze mną skontaktować. 
    - Wszystko w porządku. Mam tu pewien problem, ale bądź spokojny.Pewnie dawno ogarnąłeś, że podprowadziłam ci pluskwy? No. To daj znać, jak na moim komputerze coś będzie. Dobra, jakby coś, to dzwoń.
       Zakończyłam rozmowę i położyłam telefon na blacie biurka, żeby następnym razem  mieć telefon bliżej siebie. W pewnym momencie poczułam coś dziwnego w mojej ranie i zauważyłam, że po dłoni spływają mi krople krwi.

Znalezione obrazy dla zapytania selena gomez angry gif